Czerwcowy indeks PMI – czyli wskaźnik pokazujący, jak przedsiębiorcy oceniają swoje perspektywy – to negatywne zaskoczenie. Analitycy spodziewali się spadku, ale nie tak głębokiego. Indeks wyniósł 48 pkt, prawie punkt mniej niż miesiąc wcześniej.

Według Agaty Urbańskiej, ekonomistki banku HSBC, na zlecenie którego instytut Markit wylicza PMI dla Polski, wynik świadczy o trwającym pogarszaniu się warunków w polskim przemyśle. Świadczy o tym już to, że wskaźnik znajduje się poniżej granicy 50 pkt – linii między rozwojem a recesją. Na dodatek spada bez ustanku od trzech miesięcy. To skutek coraz mniejszej liczby zamówień i związanego z tym ograniczania produkcji. W czerwcu oba te zjawiska się nasiliły, wielkość spadków była największa od połowy 2009 roku.

Uzasadnia to nasze prognozy odnośnie do umiarkowanego spowolnienia wzrostu PKB w 2012 roku – ocenia Agnieszka Urbańska. Według niej polska gospodarka będzie się w tym roku rozwijała w tempie 2,7 proc.

Podobnego zdania jest Marta Petka-Zagajewska z Raiffeisen Banku. Uważa, że po takim odczycie PMI trzeba się spodziewać radykalnego wyhamowania dynamiki produkcji. Jej majowy wzrost o 4,5 proc. był jednorazowy, teraz należy oczekiwać około 2-proc. Taka jest nasza prognoza na czerwiec – mówi. I dodaje, że można się było tego spodziewać, bo czerwiec nie był pierwszym miesiącem, w którym przedsiębiorcy mówili o spadku zamówień. Mniejszy popyt musiał się przełożyć na wielkość produkcji.

Co gorsza, firmy wciąż sygnalizują spadek liczby zamówień. A to oznacza, że w kolejnych miesiącach tendencja będzie się pogarszać – mówi Petka-Zagajewska. PMI może więc spaść nawet do 45 pkt. W górę zacznie iść dopiero pod koniec roku, a i tak będzie to zależało od tempa narastania kryzysu w strefie euro i jego skutków dla polskiej gospodarki.

Według Tomasza Kaczora, ekonomisty Banku Gospodarstwa Krajowego, pogorszenie koniunktury w przemyśle to już fakt. I choć firmy jeszcze deklarują, że nie chcą masowo zwalniać pracowników, od początku kryzysu nie zwiększyły wyraźnie zatrudnienia.

Ale w dynamice produkcji i w wielkości popytu spowolnienie widać wyraźne. Dla Rady Polityki Pieniężnej to dobry argument, żeby nie podejmować żadnych decyzji w sprawie stóp procentowych – mówi ekonomista.

RPP swoją decyzję ogłosi jutro. Większość ekonomistów uważa, że stopy zostaną bez zmian, ale już raz – w maju – rada zdołała zaskoczyć rynek, fundując wszystkim podwyżkę o 25 pkt bazowych. Większość analityków uważa tamtą decyzję za błąd, wskazując, że RPP okazała się jedną z najbardziej optymistycznie nastawionych instytucji, jeśli chodzi o oceny perspektyw gospodarki. Według nich teraz, gdy pozna nową projekcję inflacji wraz z prognozami PKB, może zmienić zdanie.

Mamy nie najlepsze dane z gospodarki, nie widać końca kryzysu w strefie euro ani pomysłu na jego rozwiązanie. Projekcja pewnie pokaże wolniejsze tempo wzrostu i szybszy spadek inflacji w następnych kwartałach. Listopad to będzie miesiąc, gdy będzie już można zacząć obniżać stopy procentowe – mówi ekonomista BGK. I dodaje, że będzie to początek całego cyklu. Jego koniec nastąpi w połowie 2013 roku, stopa referencyjna NBP spadnie do tego czasu do 4 proc. z 4,75 proc. obecnie.

Marta Petka-Zagajewska jest bardziej ostrożna w ocenach. Jej zdaniem rzeczywiście pod koniec roku będzie już można robić pierwsze przymiarki do obniżek. Ale decyzje zapadną dopiero w 2013 roku.

Obniżki odsuną się w czasie. Głównie dlatego, że w RPP dziś przewagę mają zwolennicy ostrego kursu polityki pieniężnej – uważa ekonomistka.