W maju na bankowych kontach gospodarstw domowych było 489,3 mld zł. To o ponad 3 mld zł, czyli 0,6 proc., więcej niż w kwietniu – wynika z podaży pieniądza opublikowanej przez NBP. Ale jak napisał bank w komunikacie, gdyby oczyścić ten wynik z wpływu różnic kursowych, to przyrost ten wyniósłby 0,5 mld zł. Z tego wniosek, że na nominalny wynik wpływ miało majowe osłabienie złotego.

I tak wzrost depozytów o 0,5 mld zł można uznać za pozytywną zmianę, biorąc pod uwagę, że dwa poprzednie miesiące wartość oszczędności na lokatach malała – uważa Adam Antkowiak, ekonomista Pekao SA. Jednak ten wzrost nie świadczy o wzroście oszczędności, ale o przesunięciach w inwestycjach. W maju na giełdzie łatwiej było stracić niż zarobić, podobnie było z funduszami inwestycyjnymi. I część posiadaczy akcji czy jednostek zdecydowała się wycofać kapitał do banków, gdzie w prawdzie nie zarabia, ale i wiele nie traci.

W firmach także nie widać dużego przyrostu oszczędności. Choć nominalnie zwiększyły się o 7 mld zł – do 183,8 mld zł, to po uwzględnieniu różnic kursowych wzrost wyniósł 5,3 mld zł.

Podobna sytuacja panuje na rynku kredytowym. W ujęciu nominalnym przez miesiąc zadłużenie gospodarstw domowych zwiększyło się aż o 12,6 mld zł – do 543,9 mld zł. To też skutek słabego złotego. Po wyeliminowaniu różnic kursowych przyrost zadłużenia wyniósł jedynie nieco ponad 2 mld zł. Wysokie bezrobocie, brak wzrostu płac realnych, drogie kredyty hipoteczne i same nieruchomości. To powoduje, że klienci niechętnie się zadłużają – tłumaczy Antkowiak. Do tego upadłości firm deweloperskich budujących drogi rzuciły się cieniem na całą branżę i klienci tym ostrożniej podchodzą do inwestycji w nowe nieruchomości.

Firmy też wstrzymują się z zadłużaniem. Realnie ich kredyty także zwiększyły się ledwie o 2 mld zł.

Wygląda to tak, jakby i klienci indywidualni, i przedsiębiorcy skupili się na tym, co mają, i czekali, co będzie dalej.