NBP chciałby zredukować ilość monet o niskich nominałach w obrocie. Pojawiła się więc propozycja, by handel zaokrąglał ceny końcowych transakcji na kasie w dół do 5 groszy. Według wyliczeń NBP spowodowałoby to stratę na jednym rachunku rzędu 2 groszy. Niby niedużo, ale klientom zwłaszcza małych sklepów, którzy robią zakupy raz dziennie, dałoby to w skali miesiąca oszczędności. Oczywiście kosztem sieci handlowych, które poniosłyby z tego tytułu stratę, bo takie ścinanie cen dopiero przy kasie odbywałoby się na zasadzie udzielania rabatów na zakupy. Dlatego należy oczekiwać, że handlowcy dobrowolnie nie przystaną na propozycję NBP w tej sprawie.

To daje stratę na naszej marży w wysokości przynajmniej 4 proc. Nie zgodzimy się na taką zmianę – tłumaczy Daniel Prałat, dyrektor sieci Intermarche.

Do końca tego tygodnia mamy zająć stanowisko w tej sprawie – informuje Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

NBP przewiduje jednak inne rozwiązanie, które ma pozwolić zlikwidować problem braku monet o niskich nominałach na rynku. Bank centralny chce zmienić kompozycję stopu monet o niskich nominałach – 1-, 2- i 5-groszowych, tak by koszt ich wybijania nie przewyższał, jak obecnie, jej wartości nominalnej.

To pozwoliłoby na uzupełnienie niedoborów monet na rynku bez uszczerbku finansowego. Ale takiemu rozwiązaniu także sprzeciwiają się handlowcy, bowiem obecnie drobne monety są liczone za pomocą specjalnych automatów.

Pojawiłaby się konieczność wymiany zliczarek wagowych w sklepach, które nie rozpoznawałyby tych samych monet o innej wadze – tłumaczy Andrzej Faliński. Przyniosłoby to wyższe koszty zarządzania placówką, co z pewnością w części zostałoby przerzucone na klientów poprzez wzrost cen detalicznych oferowanych produktów.

Najbardziej radykalny wariant rozważany przez bank centralny to wycofanie z obrotu monet o niskich nominałach.

W takiej sytuacji popularne dziś ceny z końcówką 98 czy 99 groszy zostałyby zaokrąglone w sklepach w górę do pełnej kwoty. Sklepy bowiem raczej nie wezmą na siebie kosztów związanych ze zmianami. Zwłaszcza że są już zmęczone agresywną walką na ceny o klienta i zechcą wykorzystać każdy pretekst do ich zmiany na wyższe, by polepszyć wynik finansowy. Takie niepełne ceny ma większość produktów oferowanych w handlu, także w dużych sieciach handlowych. Czyli w praktyce przyniosłoby to realny wzrost cen w marketach.

Oczywiście każdy zrobiłby to według własnego sumienia, jednak tendencja w cenach byłaby zwyżkowa – uważa Hieronim Piotrowski, właściciel sklepu na warszawskim Mokotowie oraz galerii sztuki współczesnej WZ. Według ekspertów dałoby to stratę na koszyku zakupowym od kilkunastu do kilkudziesięciu groszy. W skali miesiąca to nawet kilkanaście złotych więcej do wydania.