Teoretycznie był to szczyt 27 przywódców UE, którzy mieli wspólnie opracować plan wyrwania strefy euro z impasu. Ale rozgrywająca była jedna: kanclerz Angela Merkel. Punkt po punkcie podyktowała plan przełamania kryzysu. A to, że porozumienie osiągnięto dopiero o czwartej nad ranem, nie było wynikiem sprzeciwu któregoś z premierów czy prezydentów, lecz banków próbujących przerzucić część strat na kontrolowanym bankructwie Grecji na unijnych, ale przede wszystkim niemieckich podatników. Bez skutku.

O tym, że rodzi się nowa, wzorowana na systemie działania Republiki Federalnej Europa, jeszcze lepiej od wyniku szczytu świadczy jego przebieg. Po raz pierwszy w historii Unii został on podzielony na dwie części. W niedzielę wieczorem przywódcy 26 krajów Wspólnoty przerwali na trzy dni obrady w Brukseli, by Angela Merkel mogła skonsultować swoje stanowisko z komisją ds. budżetu Bundestagu.

Formalnie to wynik niedawnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego Republiki Federalnej, który uznał, że żadna nowa pomoc dla krajów południa Europy nie może zostać wypłacona przez Berlin bez zgody parlamentu. Ale w praktyce trudno o lepszy dowód, że ośrodek władzy w Europie przesunął się o 600 km na wschód: z Brukseli do Berlina. To w urzędzie kanclerskim, a nie w gmachu Komisji Europejskiej, ustalono najważniejsze elementy nowego porozumienia: Europejski Bank Centralny (na wzór Bundesbanku) pozostanie niezależny i nie będzie płacił za upadek Grecji, czego domagali się Francuzi; podatnicy nie dołożą się do funduszu stabilizacyjnego, który ma uratować przed bankructwem Włochy i Hiszpanię; gros kosztów operacji poniosą greckie, włoskie, hiszpańskie banki, a nie najbogatszy kraj dzisiejszej Unii: Niemcy.


Jak trwoga, to do Berlina

Angela Merkel jest zaprzeczeniem przywódcy, który drogą podbojów chciałby poddać wpływom Berlina zjednoczoną Europę. Przeciwnie: ma opinię polityka ostrożnego, który stawia ponad wszystko porozumienie. Nowy układ sił nie jest więc wynikiem strategicznego planu Berlina. To reszta Europy coraz chętniej stara się zawierzyć swój los Niemcom, widząc w nich ostatni ratunek przed rozpadem strefy euro i finansowym kataklizmem.

– Przez pierwsze trzy lata kryzysu to Francuzi narzucali plan jego przełamania. Ale okazał się on nieskuteczny – mówi „DGP” Simon Tilford, główny ekonomista londyńskiego Centre for European Reform. Koncepcja Nicolasa Sarkozy’ego polegała na zapobieżeniu rozprzestrzenieniu się greckiej zarazy na inne kraje południowej Europy, a w ostateczności na samą Francję. Temu służyły dwa plany pomocowe dla Aten o wartości 260 mld euro. Angela Merkel zgodziła się niechętnie, finansując większą część wsparcia. Wolała pójść na ustępstwa, byle oddalić ryzyko rozpadu Unii.


Jednak w Berlinie opór przed finansowaniem Greków narastał, zmuszając kanclerz do przyjęcia coraz bardziej sztywnej postawy. Z jednej strony Trybunał Konstytucyjny przyznał dodatkowe kompetencje parlamentowi w kontrolowaniu pomocy dla krajów południa Europy, z drugiej liberałowie z FDP ostrzegali, że jeśli taka polityka będzie trwała, koalicyjny rząd się rozpadnie. – Kultura wydawania pieniędzy podatników jest zupełnie inna we Francji i w Niemczech. Francuski rząd uważa, że z raz zebranymi funduszami może zrobić, co chce. W Berlinie każde euro jest oglądane dwa razy – zwraca uwagę w rozmowie z „DGP” ekonomista Witold Orłowski.

Główny powód porzucenia francuskiej recepty na przełamanie kryzysu zrodził się jednak w Atenach, nie w Berlinie. Decydujący okazał się raport, który w tym tygodniu przygotowali eksperci MFW, EBC i Komisji Europejskiej. – Okazało się, że scenariusz, w którym Grecy otrzymują coraz większą pomoc w zamian za obietnice przebudowy państwa, nie zadziałał. Dług Grecji urósł do 180 proc. PKB, a państwo nie zostało przebudowane – zwraca uwagę „DGP” Neil Shearing, ekspert londyńskiego instytutu Capital Economics.


Dla Francji raport był ciosem, bo sugerował, że kraje, które Paryż tradycyjnie uważa za swoją strefę wpływów, nie są zdolne samodzielnie przełamać zaklętego kręgu szarej strefy, korupcji i niekonkurencyjnej gospodarki. Podczas gdy Irlandia, a wcześniej Łotwa, za cenę bolesnych cięć przezwyciężyły recesję, Grecja pogrąża się w kryzysie, nie jest w stanie sprzedać przedsiębiorstw państwowych i uszczelnić systemu podatkowego.

Francja zapewne próbowałaby dać Atenom jeszcze jedną szansę i wymusić na Niemczech kolejny program pomocowy, gdyby nie to, że Paryża na to nie stać. W minionym tygodniu agencja Moody’s ostrzegła, że pozbawi Francję najwyższego (AAA) ratingu ryzyka kredytowego, jeśli kraj będzie się nadal zadłużał. Dla Paryża stawką jest nie tylko prestiż. Jak oblicza ministerstwo gospodarki, obniżenie tylko o jeden stopień francuskiej oceny ryzyka kredytowego oznaczałoby wzrost kosztów obsługi długu o 20 mld euro rocznie.


Dlatego Paryż ma związane ręce. – Niemcy mają zdrowsze finanse publiczne i mogą sobie pozwolić na dodatkowe wydatki, Francja nie. To powoduje, że po raz pierwszy Paryż i Berlin nie negocjują już jak równy z równym – mówi nam Karel Lannoo z brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS).

Na taką sytuację Francuzi zapracowali przez ostatnie 30 lat. Kraj o rozbuchanych prawach socjalnych, ogromnej armii funkcjonariuszy państwowych i niezwykle wpływowych związkach nie zdobył się na reformy strukturalne, które pozwoliłyby mu na zachowanie konkurencyjnej gospodarki. Aby utrzymać poziom życia społeczeństwa i poparcie wyborców, kolejni prezydenci coraz bardziej zadłużali państwo (Francja ostatni raz miała nadwyżkę budżetu w 1974 r.).

Pod koniec lat 90. obarczone ogromnymi kosztami zjednoczenia Niemcy także były na drodze do przekształcenia się w chory kraj Europy. Jednak kanclerz Gerhard Schroeder, a później Angela Merkel uzgodnili ze związkami zawodowymi i przedsiębiorstwami reformy strukturalne, które uczyniły z Niemiec jedną z najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata. Dziś, mimo zaniżenia statystyk przez biedniejsze wschodnie landy, Republika Federalna coraz bardziej odstaje od Francji, gdy idzie o poziom bogactwa: zdaniem Eurostatu w ubiegłym roku jej średnia rozwoju wynosiła 117 proc. przeciętnej Unii wobec 107 proc. dla Francji.


System ręcznego sterowania

Brytyjski tygodnik „The Economist” przyrównuje już stosunki na linii Francja – Niemcy do specjalnych relacji, jakie łączą USA i Wielką Brytanię. Londyn odgrywa w nich rolę podrzędną. Z takim scenariuszem pogodził się także Nicolas Sarkozy.

W historii Unii to zupełna nowość. Wspólnota została ustanowiona dzięki porozumieniu między generałem de Gaulle’em a kanclerzem Adenauerem. Francja zgadzała się na wprowadzenie na salony skompromitowanych Niemiec w zamian za zgodę Bonn na oddanie Paryżowi wyłącznego prawa do określenia kształtu powstającej Wspólnoty. Później francusko-niemieckie porozumienie przybierało różne kształty, ale zawsze jego podstawą był kompromis.

W zamian za budowę jednolitego rynku, z którego w największym stopniu skorzystał przemysł niemiecki, Bonn przystało na finansowanie wspólnej polityki rolnej, z której czerpie korzyści Francja. Po upadku muru berlińskiego prezydent Francois Mitterrand zaakceptował zjednoczenie Niemiec, kiedy kanclerz Helmut Kohl zobowiązał się do porzucenia marki i utworzenia wspólnej waluty. Z kolei w trakcie negocjacji nad poszerzeniem Unii Berlin zgodził się, że w zamian za przyjęcie do UE Polski, Czech i Węgier (postrzeganych przez Paryż jako zaplecze gospodarcze RFN) do Wspólnoty wejdą Rumunia i Bułgaria.


Teraz po raz pierwszy jeden kraj Unii będzie mógł dyktować pozostałym swoją wizję Europy. Jak zatem będzie ona wyglądała? – Zmieni się podział wpływów. Komisja Europejska, która ma reprezentować wspólny interes wszystkich krajów, zostanie zredukowana do roli sekretariatu UE. Najważniejsze decyzje będą podejmowały w zależności od swojego potencjału finansowego czołowe państwa narodowe – podkreśla w rozmowie z „DGP” Andre Sapir z Instytutu Bruegla.

Wzorem dla nowej architektury integracji ma być sama Republika Federalna. Niemcy wyciągnęli lekcje z okresu hiperinflacji w Republice Weimarskiej i przez cały okres istnienia RFN mieli obsesję nie tylko niskiej inflacji, ale także dyscypliny finansowej państwa. Teraz tę kulturę stabilności Berlin chce narzucić Wspólnocie. Słowo „narzucić” nie jest przypadkowe: zgodnie z projektem przedstawionym kilka dni temu przez szefa MSZ Guida Westerwellego, chodzi o system ręcznego sterowania. Kraje, które przekroczą ustalony limit długu i deficytu budżetowego, nie tylko spotkają surowe kary i możliwość utraty funduszy strukturalnych, ale także pozew do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

Także EBC ma być wzorowany na Bundesbanku i dbać o jedno: siłę euro, które służy dziś niemieckim eksporterom, ale jest zdecydowanie przewartościowane dla o wiele mniej konkurencyjnych Grecji, Hiszpanii czy Włoch.

Czas na unię stabilności

Wyjątkowo kontrowersyjny element niemieckiego planu zakłada także, że od 2013 r. Europejski Mechanizm Stabilizacyjny (EMS) będzie mógł narzucić zagrożonym bankructwem krajom dewaluację wewnętrzną, czyli obniżenie uposażeń budżetówki i świadczeń socjalnych.

Niemcy, dysponujące w EMS 27,1 proc. głosów, będą przy tym miały prawo weta, ponieważ do podjęcia decyzji konieczna będzie kwalifikowana większość 80 proc. W ciągu roku kanclerz Merkel chce także przeforsować zmianę traktatu z Lizbony, która pozwoli na powołanie europejskiego rządu gospodarczego zdolnego narzucać rozwiązania budżetowe najbardziej zadłużonym państwom, np. w zakresie prywatyzacji.

Taki system w Berlinie próbuje się ochrzcić mianem unii stabilności. Jednak Andre Sapir mówi o odejściu w przeszłość unii solidarności. – Od lat 80. XX wieku obowiązywała zasada: kraje biedniejsze otwierają rynek dla bogatszych partnerów w zamian za fundusze strukturalne, które pomogą im nadrobić zaległości cywilizacyjne. Spójność przestaje teraz być celem Unii – wskazuje w rozmowie z nami.

Ale to dopiero początek. Zgodnie z koncepcją przeforsowaną przez Berlin na czwartkowym szczycie to banki, a nie budżet Brukseli, poniosą największą część kosztów bankructwa Grecji. A to nakłada nieproporcjonalnie duże obciążenia na samych Greków, których instytucje finansowe posiadają najwięcej rodzimych obligacji. – W trakcie 10 lat istnienia unii walutowej najwięcej na jej istnieniu zyskały Niemcy, podbijając swoim eksportem Europę. To doprowadziło do ogromnych dysproporcji w handlu i zdusiło słabsze gospodarki południa Unii. Ale teraz to nie Berlin będzie płacił za to rachunek – podkreśla Simon Tilford.

Największa zmiana dotyczy jednak struktury politycznej. Przez wiele lat Niemcy były jednym z największych zwolenników budowy federalnej Wspólnoty, po części, aby zdusić nacjonalistyczne pokusy, a po części z naiwnego, jak się okazuje, przekonania, że wszystkie kraje Unii będą poważnie traktowały reguły gry. Oszustwa Grecji, załamanie portugalskiej gospodarki i groźba bankructwa Włoch pokazały, jak bardzo Berlin się mylił. Okazało się, że istniejąca od trzech pokoleń Unia wcale nie przyczynia się do zbliżenia mentalności Europejczyków i sposobów ich działania.

Stąd niemiecki plan B: nie wspólne instytucje i budżet, ale reguły, których egzekwowaniem zajmie się gracz najsilniejszy i najbardziej odpowiedzialny. Trudno sobie wyobrazić, aby w przewidywalnej przyszłości mógł to być ktoś inny niż Niemcy.