Z rezerwami walutowymi rzędu 3,2 bln dolarów Chiny mogą stać się znacznym dostarczycielem środków do nowego instrumentu towarzyszącego Europejskiemu Funduszowi Stabilizacji Finansowej. Szef EFSF Klaus Regling udaje się w piątek do Chin na rozmowy na ten temat; w czwartek przez telefon prezydent Chin Hu Jintao rozmawiał z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym.

Dotąd Chiny oficjalnie nie potwierdziły zamiaru inwestowania w fundusz ratunkowy, ale wysyłają sygnały świadczące o potencjalnym zainteresowaniu. Komentując wyniki zakończonego w czwartek nad ranem szczytu, Chiny oświadczyły, że chcą "wspierać aktywne środki odpowiedzi UE na kryzys finansowy" i mają zamiar "przeanalizować środki wzmocnienia dwustronnej współpracy opartej na obopólnych korzyściach".

EFSF miałby być dla Chińczyków (albo na przykład państwowych funduszy inwestycyjnych znad Zatoki Perskiej) atrakcyjnym instrumentem finansowym przynoszącym zysk. Jednocześnie wkłady zewnętrznych inwestorów pozwoliłby zwiększyć jego środki konieczne, by powstrzymać rozlanie się kryzysu zadłużenia z Grecji np. na Włochy. Stabilność i prosperity strefy euro leżą w interesie Chin, bowiem tutaj eksportują one swoje towary. UE jest największym partnerem handlowym Chin.

Inwestowanie w strefie euro byłoby też okazją do dywersyfikacji chińskiego portfela oszczędności, który dotychczas jest denominowany głównie w dolarach.

"Oni mają pieniądze, a my ich potrzebujemy" - powiedział w czwartek francuski minister obrony Gerard Longuet. "To dla nich dobry interes, a dla nas interes, który nie jest zły. Kupują dolary, a teraz chcą kupować euro. To oznacza, że mają więcej zaufania do przyszłości Europy i naszej waluty niż do przyszłości USA" - dodał.

Ale to w jego kraju rozległy się głosy sprzeciwu wobec pomysłu wyciągnięcia ręki do Chin, najgłośniej po lewej stronie sceny politycznej. "Czy można sobie wyobrazić, że Chiny przyjdą strefie euro na pomoc, nie żądając nic w zamian?" - pytał retorycznie socjalistyczny kandydat na prezydenta w przyszłorocznych wyborach Francois Hollande.

Socjalistyczny deputowany Michel Sapin uważa, że wyciągając rękę po chińską pomoc, Europa daje dowód swej słabości, "podczas gdy powinniśmy występować z pozycji siły". "Ten aspekt porozumienia będzie brzemienny w przyszłości" - ostrzegł. A lider Zielonych Daniel Cohn-Bendit ocenił, że Europa "oddaje się w jarzmo gospodarek wschodzących"."Nie można rozmawiać o obronie przed globalizacją i prosić tych, z którymi o tym rozmawiamy, żeby płacili za nasz kryzys finansowy" - powiedział.


Jeśli Chiny rzeczywiście zaangażują się finansowo, to nie będzie to wydarzenie bez precedensu. Według ekspertów francuskich i niemieckich Chiny już są znaczącymi wierzycielami Europy - zainwestowały w długi krajów UE wartości ok. 500 mld dol.

Ale AP wskazuje, że nowa pomoc Chin będzie miała ważny wydźwięk polityczny: pozwoli temu krajowi zająć miejsce w rzędzie potęg, które rozstrzygają o losach światowej gospodarki.

"Dla Chin taka decyzja byłoby przełomem w ich staraniach o zajęcie czołowego miejsca przy stole międzynarodowych decydentów w sprawach finansowych" - ocenił cytowany przez AP ekspert Carl Weinberg.

Z drugiej strony, mimo kryzysu, kraje strefy euro są (licząc na mieszkańca) wciąż wielokrotnie bogatsze niż Chiny. Szef chińskiego państwowego funduszu inwestycyjnego ostrzegał w październiku w Paryżu, by Europejczycy nie spodziewali się po Chinach miłosierdzia.

Dlatego Huang Wei z chińskiej Akademii Nauk Społecznych jest zdania, że Chińczycy zainwestują co najwyżej w ograniczony sposób w bezpieczne papiery wartościowe, gwarantowane przez budżety największych gospodarek strefy euro, a nie ryzykowne obligacje np. Grecji.

Także Katinka Barysch z Centre for European Reform w Londynie uważa, że udział Chin nie będzie znaczący. "Można usłyszeć niepoważnych ludzi w Irlandii czy Grecji mówiących: nie potrzebujemy Europejczyków, którzy narzucają nam swoje warunki, niech przyjdą Chińczycy i nas wykupią. Ale potrzeby są takie, że Chińczycy po prostu nie są w stanie ich zaspokoić" - powiedziała.

AP wskazuje, że dla Chin kartą przetargową w negocjacjach może być przyznanie im przez UE statusu gospodarki rynkowej - o co rząd w Pekinie nie może się doprosić od lat, bo pogorszyłoby to sytuację europejskich firm na chińskim rynku.

Amerykańska agencja przypomina wywiad, jakiego unijny komisarz ds. gospodarczych i walutowych Olli Rehn udzielił kilka dni przed szczytem niemieckiemu dziennikowi kół biznesowych "Handelsblatt". Mówił tam o ewentualnej pomocy Chin czy Brazylii dla eurostrefy.

"Miałoby to daleko idące polityczne konsekwencje. Oznaczałoby, że Chińczycy, Rosjanie czy Brazylijczycy będą pośrednio mieli swoje miejsce przy stole eurolandu. Nie można by przecenić strategicznego znaczenia tego faktu" - powiedział komisarz.