„Wojciech Balczun i jego ludzie przeprowadzili spółkę przez kryzys, choć kierowanie i restrukturyzacja firmy, w której jest tak wiele związków zawodowych, nie należy do łatwych zadań; mam dla szefa PKP Cargo szacunek”.

Autorem tej laurki nie jest żaden z najbliższych współpracowników Balczuna ani kumpel z rockowej kapeli Chemia, którą założył w 2007 r. Na takie słowa uznania zapracował sobie u Hansa-Georga Wernera, szefa DB Schenker Rail Polska – najgroźniejszej konkurencji, z którą jeszcze w połowie 2010 r. toczył śmiertelny bój o supremację na polskich torach.

Dobre wyniki

Uznanie w oczach rywala jest bezcenne, bo o pieszczoty w kolejarskim światku pozbawionym bon motów i zasad savoir-vivre’u nie jest łatwo. DB Schenker Rail Polska musiał jednak ustąpić pod naporem polskiego kolosa i bardzo spokorniał. Słowa Hansa-Georga Wernera, który kieruje polskim DB i zasiada w radzie nadzorczej niemieckiej centrali, świadczą o tym, kto jest numerem jeden w naszym kraju.

Po raz pierwszy od kilku lat PKP Cargo zamiast tracić, zwiększają udziały w rynku. Kiedy na dniach ogłoszą w pełni zaudytowane wyniki za 2010 r., konkurencja jeszcze bardziej zostanie w tyle.

Choć spółka ostrożnie prognozowała zysk w okolicach 40 mln zł, prawie na pewno będzie to nawet 60 mln zł. Gdyby różnice kursowe były bardziej korzystne, na plusie zapisano by nawet o 20 mln zł więcej. Cele Balczuna na ten rok są dwa: dalsze cięcia kosztów w spółce i udana prywatyzacja.

Zakończenie restrukturyzacyjnej krucjaty, czyli m.in. ostatni etap ograniczania zatrudnienia o 1,5 tys. pracowników, powinno pójść gładko. Na koniec roku PKP Cargo będą mieć ok. 23 tys. kolejarzy. Gdy do spółki wchodził Balczun, na garnuszku miał 44 tys. pracowników. Jakim cudem udało mu się ściąć o połowę zatrudnienie i jednocześnie ocalić Warszawę od najazdu rozzłoszczonych kolejarzy?


– Dla związków drzwi gabinetu prezesa zawsze stoją otworem – mówi jego bliski współpracownik. Nie ma tygodnia bez co najmniej kilku spotkań. Kiedy ważyły się losy programu dobrowolnych odejść i cięć w administracji molocha, prezes zaszywał się ze związkowymi liderami poza miastem.

– Czasami panowie znikali nawet na kilka dni. Może szef hipnotyzował ich tam swoją grą na gitarze? – żartuje jeden z pracowników PKP Cargo.

Muzyk po godzinach

Niewykluczone, bo gra na gitarze to dla Balczuna poważna sprawa. Jeszcze przed przyjściem do PKP Cargo założył zespół rockowy, do którego ściągnął muzyków znanych ze współpracy z Marylą Rodowicz czy Patrycją Markowską. Jesienią 2010 r. panowie wydali pierwszą płytę, występują w telewizji i ostro szturmują wrota showbiznesowego światka.

Co ciekawe, jeszcze w połowie roku za sterami największych kolejowych spółek siedzieli muzycy po godzinach. Przewozami Regionalnymi kierował Tomasz Moraczewski, klawiszowiec w jednym z toruńskich zespołów. Grzegorz Mędza, członek zespołu Jesionka, w którym gra na harmonijce i akordeonie, stał na czele PKP Intercity. Muzykiem po godzniach jest również Jakub Majewski, który przez niespełna pięć miesięcy kierował Kolejami Mazowieckimi. Ze stanowiskami pożegnali się już wszyscy. Wkrótce odejdzie pewnie i Balczun, ale w tym przypadku to on zadecyduje dokąd.

W branży mówi się, że Balczuna na cel wzięły już europejskie agencje headhunterskie. Polskie sukcesy na torach odbiły się na Starym Kontynencie szerokim echem. A jeszcze kilka lat temu nic nie zapowiadało błyskotliwej kariery. Obecny szef PKP Cargo był raczej menedżerem średniego szczebla. Pracował na stanowisku dyrektora sprzedaży „Trybuny Śląskiej”. Był dyrektorem biura marketingu i promocji Poczy Polskiej. Później spędził kilka lat na stanowiskach kierowniczych w PKO BP. Gdzie wyląduje za kilka miesięcy?