Towar na półkach był zawsze czysty, pierwszej świeżości, poukładany, a co najważniejsze, do kasy w kolejce stało się zaledwie chwilkę. To jednak już przeszłość. Kolejki do kas rosną z miesiąca na miesiąc. Dziś trzeba czekać nawet 20 minut, by zapłacić za towar. To zupełnie jak w zwykłym hipermarkecie. W pierwszej chwili można by pomyśleć, że wynika to z rosnącej popularności delikatesów. Biorąc jednak pod uwagę, że wciąż mamy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym i dużym bezrobociem, wydaje się to nieprawdopodobne.

– Zauważalny spadek popytu na rynku w 2009 roku przyczynił się do niższej dynamiki sprzedaży w stosunku do lat poprzednich. Prawdą jest, że kryzys zachęca wielu do oszczędzania, jednak konsumenci nadal są ciekawi świata i nowych smaków, stąd też nasze delikatesy dobrze sobie radzą w obecnej sytuacji gospodarczej – zapewnia Andrzej Wojciechowicz, prezes zarządu Bomi.

Zatem kolejki to wynik oszczędności. Delikatesy, choć się do tego oficjalnie nie przyznają, dopadł kryzys. Robiąc w nich zakupy, nietrudno zauważyć, że czasem zaledwie co trzecia kasa jest otwarta. Taka sytuacja jest już w większości sieci: Almie, Mini Europie czy w Bomi. Ta ostatnia sieć przeprowadza w tym roku modernizację, co powoduje dodatkowe utrudnienia, które co gorsza nie znikają po uruchomieniu na nowo sklepu.

Niestety nie udało nam się zdobyć wyjaśnień, dlaczego delikatesy wciąż pozostają drogie, choć stają się coraz bardziej zwyczajne.