Przed sobotnim szczytem przywódców państw G20 w Toronto Wielka Brytania, Niemcy i Francja zapowiedziały, że wprowadzą przed końcem roku nową opłatę od instytucji finansowych. Jednak zdaniem ekonomistów nie będzie to możliwe, jeśli w ślad Unii nie pójdą wszystkie inne wielkie potęgi gospodarcze świata. Inaczej europejskie centra finansowe przerzucą się na inne kontynenty.

"Chcemy, aby banki uczciwie dokładały się do funduszu, który będzie zabezpieczeniem przed ryzykiem, jakie wynika z ich działalności. Do tego konieczne jest jednak, aby na całym świecie warunki działania instytucji finansowych były podobne" - napisali do przywódców G20 ministrowie finansów trzech krajów.

Brytyjczycy dają przykład

Najbardziej zaawansowane są prace nad nowym podatkiem w Wielkiej Brytanii. We wtorek minister finansów George Osborne zapowiedział, że dzięki niemu państwo będzie pobierać od banków około 2 mld funtów rocznie. Z podatku mają być jednak wykluczone te aktywa, które zostały ulokowane w najbardziej bezpieczne, długoterminowe transakcje. Pozostałe operacje, szczególnie te krótkoterminowe, będą natomiast obciążone najpierw podatkiem odpowiadającym 0,04 proc. ich wartości, a od 2012 roku – 0,07 proc. "Nowy podatek ma skłaniać banki do podejmowania mniej ryzykownych operacji na rzecz tych pewnych. To jest jego główny cel. Zgromadzone środki jeszcze przez wiele lat będą bowiem zbyt małe, aby zabezpieczyć duży bank przed upadkiem" - mówi „DGP” Philip Whyte, ekspert londyńskiego European Policy Center.

Środki pobrane od brytyjskich banków miałyby zasilać bezpośrednio budżet państwa, którego deficyt w tym roku przekracza 10 proc. PKB. Podobny pomysł na opodatkowanie banków ma też Francja. Wczoraj minister gospodarki i finansów Christine Lagarde zapowiedziała, że dzięki niemu do kasy państwa ma trafiać „około 1 mld euro rocznie”. Szczegóły nowej regulacji mają jednak zostać ogłoszone dopiero w projekcie ustawy budżetowej na przyszły rok w październiku.

Rząd Angeli Merkel zamierza natomiast pobierać od banków 1– 1,2 mld euro rocznie. Jednak, podobnie jak w Szwecji, pieniądze będą zasilały fundusz, który w razie konieczności ma zostać uruchomiony dla ratowania instytucji finansowych. Plany europejskich rządów pozostaną jednak najprawdopodobniej tylko na papierze, jeśli inne potęgi gospodarcze świata pójdą śladami Europy. "Banki to z natury rzeczy instytucje działające na skalę międzynarodową. Muszą więc mieć porównywalne warunki konkurencji" - mówi „DGP” Francois Head, jeden z rzeczników Rady UE.

"Koordynacja w skali światowej jest konieczna. Inaczej będziemy płacić za to samo wielokrotnie" - napisało w specjalnym oświadczeniu Brytyjskie Stowarzyszenie Banków (BBA).

Czytaj dalej>>>


Nie wszyscy są za

Porozumienie w Toronto wcale nie jest jednak pewne. Dla Europy najważniejsze jest stanowisko Amerykanów. Prezydent Obama już w styczniu zaproponował nałożenie na banki stosunkowo wysokiego obciążenia odpowiadającego 0,15 proc. aktywów instytucji finansowych. Dzięki temu miałby powstać w ciągu 10 lat fundusz wart 117 mld dol.

Jednak do tej pory projekt obciążenia nie został przegłosowany w Kongresie. Amerykańskie banki robią wszystko, aby do tego nie doszło. Na szczycie w Toronto przeciw wprowadzaniu dodatkowego obciążenia będą przywódcy Kanady, Japonii, Indii i Australii. "System bankowy w Indiach działa sprawnie. Nie mamy więc powodów, aby karać nasze instytucje finansowe" - powiedziała szefowa hinduskiej dyplomacji Nirupama Rao.

Sami gospodarze spotkania w Toronto proponują zamiast podatku wprowadzenie nowych, bardziej wyśrubowanych norm kapitałowych dla banków. To ich zdaniem wystarczyłoby dla zapobieżenia bankructwu instytucji finansowych.

Szwedzi w roli królika doświadczalnego

Szwecja jest pierwszym i jak do tej pory jedynym krajem Unii Europejskiej, który wprowadził podatek od działalności banków. Stąd cała Wspólnota ściśle analizuje teraz doświadczenia Sztokholmu.

Nie obyło się bez kłopotów. Szwedzi na początek nałożyli opłaty od transakcji finansowych. To jednak natychmiast spowodowało, że szwedzkie banki przeniosły swoje centrale za granicę, przede wszystkim do Norwegii.

Wtedy rząd postanowił zmienić system. Dziś opłaty są pobierane nie od transakcji bankowych, tylko od wielkości kredytów udzielonych przez banki na terenie Szwecji, a pomniejszane o wielkość kapitału banków. Podatek wynosi 0,036 proc. i w ciągu 15 lat ma pozwolić na utworzenie funduszu gwarancyjnego, który będzie odpowiadał 2,5 proc. szwedzkiego PKB.

System nie jest jednak do końca sprawiedliwy. W zeszłym roku największej opłaty wcale nie wniosły te banki, które prowadzą najbardziej ryzykowną działalność. Handelsbanken zapłacił w ramach podatku 344 mln szwedzkich koron, choć odpisał na straty kredyty warte jedynie 3,4 mld koron. W tym czasie Swedbank zapłacił 224 mln koron, choć stracił z powodu złych kredytów 24,6 mld koron. A Nordea przekazała państwu w formie podatku 195 mln koron, mimo że w jej przypadku kredyty spisane na straty sięgnęły 14,5 mld koron.

"System jest niesprawiedliwy, bo stosuje taką samą miarę do wszystkich banków, niezależnie od ich charakteru. To tak jakby stosować takie samo ograniczenie prędkości dla traktorów i dla porsche" - uważa Claes Hemberg, główny ekonomista szwedzkiego domu maklerskiego Avanza Banku.

Mniejszy podatek zapłaciły te szwedzkie banki, które skoncentrowały swoją działalność na zagranicznych, często bardziej ryzykownych inwestycjach, np. w republikach bałtyckich. Te, które wolały kredytować przede wszystkim przedsięwzięcia w Szwecji, musiały oddać więcej pieniędzy fiskusowi.