Co za dużo, to niezdrowo. Unijni urzędnicy nie mogli dłużej patrzeć, jak co roku producenci wylewają setki tysięcy hektolitrów wina, bo ludzie nie byli w stanie wypić tyle, ile go zrobiono. A kiedy w minionym roku kraje wspólnoty pobiły rekord marnotrawstwa i zniszczyły aż 1,5 mld litrów tego trunku, miarka się przebrała. Do akcji wkroczyła unijna komisarz ds. rolnictwa Mariann Fischer Boel.

Pani komisarz uznała, że tyle wina wylewać nie wolno i postanowiła z tym walczyć. Właśnie poinformowała, że jedynym skutecznym sposobem na to jest ograniczenie jego produkcji. A to najłatwiej zrobić, niszcząc plantacje. Już wiadomo, że w najbliższych czterech latach z krajobrazu UE musi zniknąć co ósmy hektar plantacji winorośli, a jest ich aż 3,6 mln hektarów.

Na razie jednak nikomu niczego ścinać się nie każe. Poszczególne kraje mają same ustalić, kto pozbędzie się upraw. Zachętą ma być to, że rolnicy, którzy sami zgodzą się na ich karczowanie, dostaną za to wysokie rekompensaty.

Na razie nie wiadomo, ile Unia będzie płacić rolnikom za to, że ich w pocie czoła pielęgnowane rośliny zostaną unicestwione. Nie wiadomo też, czy odbije się to na cenach. Unijni eksperci zgodnie twierdzą, że przez reformy w monopolowych drożej być nie powinno, bo zostanie zmniejszona jedynie ilość nadwyżek, które i tak się nie sprzedają.

Co ciekawe, to że coraz więcej europejskiego wina wylewamy, wcale nie znaczy, że coraz mniej go pijemy. Unijni eksperci twierdzą, że coraz częściej pyszne, ale drogie trunki, np. francuskie, zastępujemy równie smakowitymi, ale o wiele tańszymi sprowadzanymi np. z Australii czy Afryki.