Święto ma uzmysłowić Polakom, że niemal połowę roku pracujemy nie na siebie, lecz na ogromną machinę państwową. Co miesiąc państwo zabiera pracującym około jednej trzeciej pensji. Do tego trzeba opłacić składki rentowe, emerytalne, zdrowotne, chorobowe, wypadkowe, na fundusz pracowniczy itp.

Firmy nie mają lepiej. Choć płacą zazwyczaj 19 proc. podatek dochodowy, to muszą odprowadzać haracz za to, że... dają ludziom pracę. Żeby dać człowiekowi na rękę 2000 zł, pracodawca musi z własnej kieszeni dołożyć prawie 1600 zł. A przecież mamy w Polsce jeszcze akcyzy, podatki gruntowe, daniny od różnego rodzaju transakcji itd.

W sumie podatków jest tyle, że teoretycznie dopiero 16 czerwca zaczynamy zarabiać na siebie. Policzyła to organizacja gospodarcza Centrum im. Adama Smitha. Robi to od 1994 roku i niestety co roku ze smutkiem stwierdza, że niewiele się w Polsce zmienia. Na dodatek wypadamy blado, jeśli zestawimy nasze wyliczenia np. z tymi ze Stanów Zjednoczonych. Tam dzień wolności podatkowej obchodzony jest na przełomie kwietnia i maja.