Niemcy i Rosjanie mający budować Gazociąg Północny, który połączy ich kraje, za wszelką cenę starają się przekonać Polaków, że z wielkiej rury będzie wiele pożytku. A najwięcej protestują Polacy i Szwedzi, którzy nie dość, że nic z tego gazociągu nie będą mieli, to jeszcze mają tolerować fakt, iż pobiegnie on po ich części Bałtyku.

Odpowiedzialna za budowę spółka Nord Stream chce udowodnić światu, że Polacy na siłę szukają argumentów przeciw budowie. Im głośniej będzie o tym mówić, tym łatwiej jej będzie przekonać do tego państwa Unii. A pod naciskiem Brukseli trudniej będzie nam protestować.

"Rura, którą Polska uznaje szkodliwą dla Europy, jest dla niej korzystna" - przekonywał na specjalnie zwołanej konferencji prasowej Ingo Neubert, prezes spółki Wingas, powiązanej z Nord Stream. Mało tego, zaproponował Polsce, by się przyłączyła do systemu gazowego.

Tymczasem okazuje się, że oficjalnie nikt nam niczego nie proponował. "To slogany reklamowe. Nikt nas do przedsięwzięcia nie zapraszał. Poza tym to nie gra w berka i taka propozycja musi mieć swój reżim" - komentuje Piotr Woźniak, minister gospodarki.

Efekt? Polska w swym sprzeciwie ugiąć się nie zamierza. Nadal będziemy twierdzić, że budowa Gazociągu Północnego zaszkodzi przyrodzie, zniszczy Bałtyk i przyniesie opłakane konsekwencje gospodarce UE, która uzależni się od Rosji jeszcze bardziej.