"Wybaczcie, ale nie jesteśmy dołem na pomyje" - oznajmił wicepremier Rosji Siergiej Iwanow na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Zebrał dziennikarzy największych mediów swego kraju po to, by wykrzyczeć nowe oskarżenia wobec naszego kraju.

Tym razem już nie trujące, bo skażone środkami ochrony roślin, jabłka. Nie sfałszowane świadectwa weterynaryjne. Najnowsza rewelacja brzmi: pod marką polskiej wołowiny do Rosji próbowano wwozić mięso bawole z Ameryki Łacińskiej. "Spisek" udaremniły służby weterynaryjne Moskwy, które nie wpuściły ponoć transportu przez granicę.

"Sprowadzanie tego mięsa tak do nas, jak i Unii, jest zabronione. Mało tego - powiedziano mi, że to mięso było potem podawane turystom pływającym na polskich statkach po Bałtyku. Przeżyłem szok" - barwnie opowiadał Iwanow.

Co ciekawe, jednocześnie gorąco deklarował, że w każdej chwili Rosja gotowa jest znieść embargo dla Polski. Że muszą w tej sprawie dogadać się jeszcze eksperci z Warszawy i Moskwy. Ale już nie ministrowie, bo - według niego - konflikt trzeba odpolitycznić.

Co się stało? Wysuwanie nowych oskarżeń to nic innego jak próba tłumaczenia się przed Unią z zakazu importu, którego Rosja znieść nie chce. Tyle że wreszcie powoli do naszych wschodnich sąsiadów dociera, iż przegrywają w tej walce. Bo Unia nie może, choćby chciała, dogadywać się z nimi o współpracy energetycznej, póki będzie embargo. A w tym czasie kolejne kraje szukają innych, niż rosyjskie, źródeł gazu czy ropy, czyli - wymykają się Moskwie spod kontroli.