Mahmud Ahmadineżad przyjechał do Mińska, gdzie chce przede wszystkim rozmawiać o interesach. Podobno Łukaszenka ma nadzieję, że irański prezydent dopuści Białoruś do udziału w wydobywaniu ropy nad Zatoką Perską. Wtedy mógłby zagrać na nosie nawet Rosji. Bo w tej chwili jest stuprocentowo uzależniony energetycznie od swojego wielkiego sąsiada.

Białoruś to w końcu ostatnia dyktatura na Starym Kontynencie, a jednocześnie jedyny kraj, który nie należy do Rady Europy. Gdyby nie ruble, które szerokim strumieniem przelewa mu Rosja, reżim w Mińsku już dawno musiałby ogłosić bankructwo. Jednak nie zraża to Łukaszenki, który wymyślił, że skoro żaden z cywilizowanych krajów nie chce z nim rozmawiać, to on sobie sam znajdzie rozmówcę. I znalazł prezydenta Iranu.

Co Białoruś ma mu w zamian do zaoferowania? Łukaszenka chciałby sprzedawać Iranowi maszyny rolnicze i sprzęt dla przemysłu naftowego.

Tak naprawdę jednak dużo ważniejszy dla obu - odrzucanych przez świat - przywódców, będzie ich ewentualny sojusz polityczny. Obaj słyną bowiem z gróźb głoszonych pod adresem krajów zachodnich. Obaj są też przekonani o swojej nieomylności. I podobnie nienawidzą Stanów Zjednoczonych. Zawierając porozumienie, będą mogli powiedzieć: "Skoro wy nie chcecie z nami rozmawiać, to damy sobie radę sami". Ale czy na pewno?