Świetna koniunktura gospodarcza i nieograniczone możliwości emigracji zarobkowej diametralnie zmieniły krajowy rynek pracy dla dobrze wykształconych specjalistów. W największych miastach, ale też coraz częściej poza nimi, brakuje inżynierów budowlanych, informatyków, marketingowców czy analityków rynku. Firmy bez zmrużenia oka godzą się więc na każdą płacę, a ci, którzy myślą o zmianie mogą przebierać w ofertach jak nigdy dotąd.

Młodzi wykształceni specjaliści stali się królami rynku pracy. Widać to po liczbie ogłoszeń i proponowanych pensjach. Na renomowanych portalach rekrutacyjnych, jak HRK.pl czy pracuj.pl, ofert dla marketingowców czy menedżerów średniego szczebla jest pięć razy więcej niż dwa lata temu. A wyjściowe pensje wzrosły średnio o 20 proc.

"Sytuacja na rynku pracy zaczęła się radykalnie poprawiać od 2005 r. Pierwszym powodem okazał się odpływ najlepszych ludzi za granicę, a potem zwiększone zapotrzebowanie firm na pracowników w związku dynamicznym ich rozwojem oraz nowymi inwestycjami. Teraz mamy do czynienia z kumulacją obu zjawisk. To główna przyczyna narastającego deficytu inżynierów, informatyków, ale też menedżerów, finansistów czy handlowców" – ocenia sytuację Jakub Poddany, konsultant z firmy doradczej Hays.

Potwierdzeniem takiej diagnozy jest przykład Krzysztofa Poniatowskiego, 27-letniego absolwenta informatyki na Politechnice Gdańskiej i podyplomowych studiów ekonomicznych. Od miesiąca ma pracę w międzynarodowej firmie Clear2Pay. Długo nie musiał jej szukać. Jak opowiada DZIENNIKOWI, rozesłał kilkanaście ofert i od wszystkich firm niemal od ręki otrzymał zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. W sześciu z nich przeszedł do ostatniego etapu. "O wyborze oferty zadecydowało ostatecznie to, że zaproponowano mi stanowisko analityka biznesowego i z miejsca wyjazd do Brukseli. Tak jak chciałem" - mówi DZIENNIKOWI Poniatowski.

Zaznacza też, że wcale nie prowadził długich negocjacji płacowych. "Na moją propozycję nie usłyszałem <nie> i nie było kręcenia nosem przez kadrowców. Dostałem tyle, ile chciałem, a do tego samochód, laptop i komórkę, ale to już jest standard" - dodaje.

Takich jak Poniatowski, którzy mogą wybierać, gdzie chcą pracować, jest coraz więcej. "Teraz przestaje się liczyć znalezienie byle czego, praca musi być fajna" - przekonuje Elżbieta Żak, która właśnie skończyła studia w Warszawie. Poza angielskim, włada biegle fińskim i szwedzkim. "Tylko w zeszłym tygodniu zgłosiło się do mnie sześciu pracodawców. Każdy z nich oferował godziwą pensję" - przekonuje.

Na tak komfortową sytuację mogą liczyć głównie absolwenci socjologii, psychologii i ekonomii. "Młodych specjalistów z takim wykształceniem od ręki przyjmują firmy zajmujące się badaniami rynku oraz duże korporacje specjalizujące się w towarach konsumpcyjnych" - zauważa Justyna Lipowska z agencji HRK. Poza nimi rozchwytywani są też marketingowcy i handlowcy. "Popyt na nich jest w całej Polsce, a pracodawcy zarzucają sieci na najlepszych kandydatów już na uczelniach, oferując im płatne praktyki i obietnice etatu. Tego do tej pory nie było" - mówi Lipowska.

Sytuacja na rynku pracy na tyle się zmieniła, że firmy w największych aglomeracjachchcąc znaleźć wartościowych pracowników, musiały podnieść wynagrodzenia o 10 do 20 proc. W Warszawie obiecujący młody inżynier może liczyć na 7-8 tys. zł brutto. W telekomunikacji i informatyce pensje zaczynają się od 5 tys. zł.

Według Jakuba Poddanego w obu branżach wynagrodzenia w ostatnim roku skoczyły o 8-15 proc. "Najbardziej korzystają programiści, którzy mogą w ciemno żądać o 20 proc. więcej niż przed rokiem" – mówi Poddany.

Co prawda wynagrodzenia w Warszawie wciąż są o 10-15 proc. wyższe niż w innych miastach, ale, jak przekonują analitycy, ta różnica jest szybko niewelowana przez Wrocław, Kraków czy Trójmiasto. Ponadto korporacje kuszą specjalistów nie tylko wyższymi pensjami. Standardem stały się takie przywileje jak bezpłatne przedszkola, opieka medyczna, zakładowy program emerytalny czy fundusze inwestycyjne.

Jak oceniają specjaliści, taka sytuacja potrwa przynajmniej jeszcze przez kilka lat - pisze DZIENNIK.