Dlaczego? Bo wreszcie na całego rozwinie się konkurencja na międzykontynentalnych trasach. Na razie realizują je wyłącznie duże koncerny lotnicze. A chrapkę na ten rynek mają też tanie linie.

Przewoźnicy mają o co walczyć. Z lotów transatlantyckich korzysta rocznie prawie 50 milionów pasażerów. To 60 proc. światowego ruchu lotniczego. Jeśli założyć, że najtańszy przelot z Warszawy do Nowego Jorku kosztuje 2100 zł (według cennika linii Lufthansa - wylot we wrześniu br., powrót w lutym przyszłego roku), to cały rynek idzie w kwoty ponad... 100 mld zł. A to oczywiście tylko proste założenie.

I m.in. dlatego negocjacje trwały tak długo. Drugim powodem była kwestia wzajemnego otwarcia się na inwestycje w sektorze lotniczym. I w tej sprawie wygrali Amerykanie. W ostatecznej umowie przyjęto zapis, że firmy z UE będą miały prawo kupić ponad połowę udziałów w liniach lotniczych USA, ale ich prawo głosu będzie ograniczone do 25 proc.

Ale na tym nie koniec unijnych ustępstw. Bo o ile linie lotnicze z USA będą mogły swobodne latać między miastami europejskimi (ale nie w ramach jednego kraju), europejskie linie nie będą mogły zarabiać na przewozie Amerykanów pomiędzy amerykańskimi miastami.

To jednak pierwsze ustalenia. Na początku przyszłego roku ruszy kolejna runda negocjacji. A w marcu ma zostać podpisane ostateczne porozumienie.