Paul Wolfowitz był zastępcą amerykańskiego sekretarza obrony, Donalda Rumsfelda. I współdecydował o rozpoczęciu inwazji na Irak. Tłumaczy się z tego do tej pory. Teraz jednak, już jako szef Banku Światowego, dodatkowo musi się tłumaczyć z przyznania swojej kochance z pracy wielkiej podwyżki. Choć nie miał do tego prawa, podniósł jej pensję o 60 tys. dolarów.

Jednak nawet przez myśl mu nie przemknęło, żeby zrezygnować samemu. Oświadczył w Waszyngtonie, że ma zamiar pozostać na stanowisku i kontynuować swą "ważną pracę".

Jednak wyręczyć go może Komisja Rozwoju - wspólna instytucja Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Komisja wydała oświadczenie, w którym stwierdza, że afera budzi jej "wielkie obawy".

"Musimy zapewnić skuteczne kontynuowanie przez bank wypełniania jego mandatu i zachowanie jego wiarygodności oraz reputacji, a także utrzymanie motywacji zespołu banku" - można przeczytać dalej w komunikacie.

Te słowa mogą być zapowiedzią odwołania Wolfowitza. W Komisji Rozwoju zasiadają przedstawiciele 24 krajów. I coraz więcej z nich głośno domaga się dymisji Amerykanina.