Stocznia Gdynia nie jest w stanie poradzić sobie bez pomocy państwa. Grozi jej bankructwo. Dlatego państwo robi, co w jego mocy, by nie dopuścić do plajty należącego do niego molocha. Wiązałoby się to z jeszcze większymi kosztami niż jego utrzymanie. Eksperci szacują, że nawet 3 mld zł - pisze "Puls Biznesu".

Skarb Państwa robi więc, co może, by stocznię postawić na nogi. W ciągu miesiąca firma doradcza F5 Konsulting ma sporządzić wycenę kapitału Stoczni Gdynia. Jest to ważne, bo zakład ma zostać wystawiony na sprzedaż. Jego kupnem zainteresowani są ukraiński Donbas i izraelski Rami Ungar. Kupując firmę wraz z długami, odciążyliby od dokładania do niej państwo i uchronili przed upadkiem.

Ale by coś dobrze sprzedać, najpierw trzeba w to zainwestować. Dlatego Skarb Państwa chce dać stoczni ponad pół miliarda złotych. Chce, ale czy się uda - tego już nie wiadomo. Po pierwsze, takie plany musi zaakceptować rząd, a jeszcze oficjalnie ich mu nie przedstawiono. Po drugie, bo przeciwstawia się takiej pomocy Unia Europejska. Wspólnota twierdzi, że nasze stocznie nie umieją wydawać pieniędzy z państwowej pomocy.

Jest więc spore zagrożenie, że z planów państwa wobec Stoczni Gdynia nic nie wyjdzie. A wtedy zostanie ona sprzedana za bezcen, o ile przyszli kupcy będą chcieli nadal przejąć ledwie zipiący zakład.