Pieniądze na rozwój polskich firm w ramach programu "Wzrost konkurencyjności przedsiębiorstw" wykłada Unia Europejska ze swojego budżetu. Sęk w tym, że aby je dała, nasi urzędnicy muszą jej przesłać wniosek firmy o dotację. Ale urzędnicy, zamiast naszej gospodarce pomagać, odrzucają podania o pieniądze, bo wymagają, by były w nich rzeczy, których w ogóle nie ma w przepisach - pisze "Rzeczpospolita".

W tym roku z błahych powodów odrzucono co trzeci wniosek o unijne dotacje. Wystąpiło o nie 3 tys. firm, ale weryfikację speców od dotacji i współpracy z Unią przeszło ledwie 800. W ubiegłym roku było jeszcze gorzej. Na 21,7 tys. chętnych do wsparcia, dostał je tylko co siódmy.

Efekt? Mogliśmy dostać 8,3 mld zł na rozwój mniejszych i większych spółek, które dzięki dotacjom mogłyby wejść na europejski rynek, zwiększyć produkcję i zasilić nasz budżet większymi podatkami. Ale nie dostaniemy z tego ani eurocenta. Bo Unia nie da pieniędzy na coś, czego nie udokumentujemy.

Polscy przedsiębiorcy są bezradni. Twierdzą, że odrzucenie wniosku przez brak podpisu na odwrocie jednej ze stron czy braku zaświadczenia, które w ogóle nie jest wymagane, to niesprawiedliwość. Ale nic z tym zrobić nie mogą. I nie skarżą się, bo boją się zemsty urzędników, przekonanych o własnej doskonałości.