"Fakt" prześwietlił sposób zarządzania czynszami jednej z trzech tysięcy polskich spółdzielni mieszkaniowych. Na celowniku - SM Przymorze w Gdańsku.

Okazało się, że w centrali i czterech oddziałach administracji Przymorza pracuje prawie 350 osób. To spora grupa do wykarmienia. Z tego 150 osób to dozorcy i sprzątaczki, z których kilka, zamiast osiedlowych klatek, poleruje codziennie siedzibę zarządu. Robią to wyjątkowo starannie. Następnych ok. 80 osób to gotowi nieść pomoc konserwatorzy. Przy takiej ich liczbie najmniejsza usterka powinna być usunięta w mgnieniu oka. Jednak mieszkańcy gigantycznych falowców przy ul. Kołobrzeskiej w Gdańsku czasem tygodniami czekają na łaskawą interwencję spółdzielni.

"U mnie to chyba wstawią nowe okna, dopiero gdy stare zupełnie wypadną!" - denerwuje się Józef Kurek, od 30 lat członek spółdzielni.

Reszta obsługi Przymorza to 120 pracowników biurowych, kierowników i księgowych grzejących fotele w ciepłych siedzibach spółdzielni. Zastępy administracji powiększa pękająca w szwach rada nadzorcza. Liczy aż 25 osób! To tylko cztery mniej niż na przykład Rada Miasta Gdyni! Z osiedlowej kasy do kieszeni radnych wpada prawie 2000 zł za kilka nudnych godzin pracy. Po co ich aż tylu?! - dopytują zbulwersowani spółdzielcy.

"Taka była wola mieszkańców, kiedyś było ich jeszcze więcej" - spokojnie odpowiada prezes zarządu Adolf Zackiewicz. Sam z pewnością nie ma powodów do zmartwień. Wspólnie z trzyosobowym zarządem zarabia krocie na wybujałych czynszach lokatorów - pisze "Fakt".

"Fakt" chce, by Sejm jak najszybciej przyjął ustawę, która pozwoli mieszkańcom spółdzielni za bezcen wykupić lokale, które zajmują od wielu lat. Wówczas będą mogli zakładać wspólnoty mieszkaniowe i skończyć z wyzyskiem biurokratów.