Posłowie od wielu miesięcy debatują nad tym, co zrobić, by Ukraińców można było legalnie ściągać do pracy w Polsce, na przykład na budowach, gdzie najwięcej z nich pracuje teraz na czarno. Do tego potrzebne jest porozumienie między rządami Polski i Ukrainy. A Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej rozpoczęło rozmowy z rządem naszych wschodnich sąsiadów dopiero kilka dni temu - pisze "Puls Biznesu".

Na razie jednak nic z nich nie wynika. Nasi sąsiedzi oficjalnie nie chcą pracować w Polsce. Żądają pensji na unijnym poziomie - twierdzi nasz resort pracy. Na przykład stoczniowiec życzy sobie co miesiąc 1500 dolarów, czyli ok. 5 tys. zł. Podobnie budowlaniec - murarz czy dekarz. A na czarno pracują za połowę tych stawek. Choćby dlatego, że nie muszą się rozliczać z fiskusem.

To właśnie przez brak legalnych rąk do pracy rząd nie może, jak się tłumaczy, wybudować obiecanych 3 mln mieszkań. "Obecnie w budownictwie brakuje 350-400 tys. osób. Gdybyśmy chcieli ściągnąć z powrotem do Polski naszych fachowców, którzy wyjechali za granicę, płace w tej branży musiałyby wzrosnąć dwukrotnie. A to jest niemożliwe" - tłumaczy Marek Michałowski, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Jedyna, tak naprawdę, nadzieja spoczywa w robotnikach ze Wschodu. Kiedy po 1 maja 2004 r. Polacy zaczęli uciekać z kraju za chlebem, firmy budowlane musiały podnieść pensje. Dziś 5 tys. zł wcale nie jest nieosiągalne dla robotnika. Tyle że w Unii można zarobić, najmarniej licząc, o połowę więcej.