Jako szef niemieckiego rządu doprowadził do podpisania umowy o budowie gazociągu. A kiedy tylko przestał być kanclerzem, został doradcą firmy, która go buduje. Natychmiast stał się obiektem krytyki i w Europie, i we własnym kraju. Ale się tym w ogóle nie przejął. Nie martwi się też zastrzeżeniami do samego pomysłu poprowadzenia rury po dnie Bałtyku.

Teraz Schroeder mówi wprost: "Żadne obiekcje nie opóźnią tej budowy". Ani polityczne - a takie ma m.in. Polska, ani ekologiczne - a te zgłasza na przykład Szwecja i kraje bałtyckie. Ale były niemiecki kanclerz mówi im - nie liczcie na to, że nam się nie uda.

"Rozumiem obawy Polski i traktujemy je bardzo poważnie. Jeżeli Polska chce, to ma bardzo wiele możliwości, aby się jakoś w ten projekt zaangażować. Nie ma żadnych powodów, by martwiła się o bezpieczeństwo dostaw surowców energetycznych dla siebie. Gazociąg Północny nie jest dla nikogo zagrożeniem. Stanowi natomiast świetne uzupełnienie sieci dostawczej dla całej UE. To projekt gospodarczy, a nie polityczny" - oświadczył Schroeder.