Aukcja internetowa jest jak umowa kupna-sprzedaży - orzekł Sąd Rejonowy w Warszawie. I jeśli się coś wystawia w sieci na sprzedaż, to ma się obowiązek wydać to nabywcy, który wygra aukcję. Choćby cena, jaką osiągnięto, była o wiele niższa, niż rzeczywiście wart jest przedmiot.

Do sądu miesiąc temu trafiła sprawa wniesiona przez Adama S., który na Allegro wygrał licytację niebieskiego jeepa. Rocznik 2000, dobre wyposażenie, silnik - 4,7 litra. Takie auto warte jest na rynku około 40 tys. zł. Ale sprzedający je Robert P., jak tłumaczył w sądzie, zapomniał wpisać tzw. cenę minimalną, czyli najniższą kwotę, za którą zgodzi się na sprzedaż. To oznaczało - według regulaminu aukcji - że ma obowiązek wydać je każdemu, kto wygra licytację, nawet wtedy, gdyby najwyższa z oferowanych cen nie przekroczyła kilku złotych.

Ale Robert P. wydać samochodu kupującemu nie zamierzał. Uznał, że tylko na tym straci. Adam S. nie popuścił. Bardzo chciał mieć niebieską terenówkę za tak niewielkie pieniądze. Sprawa trafiła do sądu. Ten nie miał wątpliwości: auto nowy właściciel mieć musi. Bo wygrana aukcja internetowa jest jak normalna umowa kupna-sprzedaży. Nie pomogły tłumaczenia Roberta P., że zepsuł mu się komputer i nie mógł zmienić warunków sprzedaży. Nie pomogły wyjaśnienia, że jeepa tak naprawdę wcale nie ma, a wystawił tylko obrazek z opisem, by zorientować się, ile by za takie auto dostał, gdyby je sprowadził.

Teraz Robert P. będzie musiał kupić identycznego, jak wystawiony przez niego jeep, tylko po to, by oddać go Adamowi S. za 23,1 tys. zł. Mało tego, zapłaci jeszcze 3,5 tys. zł kosztów procesu.