Rosja myślała, że ma swych sąsiadów w szachu, demonstrując im co chwila swą siłę, np. przykręcając kurki z gazem czy ropą albo ograniczając handel. Myliła się. Bo Białoruś właśnie pokazała, że gorsza nie jest i swą moc też ma niemałą.

Mińsk ogłosił właśnie w oficjalnym komunikacie, że od 15 lutego podwyższa o ponad 30 procent stawki za tranzyt rosyjskiej ropy naftowej przez terytorium Białorusi. Transportowana ona jest rurociągiem "Przyjaźń". Ministerstwo gospodarki tego kraju wzrost stawek argumentuje tym, że nie zmieniały się one od 1996 roku i są o wiele niższe niż obowiązujące u nas czy na Ukrainie.

Zarządzająca ropociągiem spółka Transnieft nie komentuje. Twierdzi, że nie ma czego, bo nie otrzymała jeszcze oficjalnego pisma w tej sprawie. Prawda jest taka, że niewiele w tej sytuacji może zrobić. Może jedynie znów zakręcić kurek z ropą, tak jak zrobiła to w styczniu, kiedy nie zgadzała się na podniesienie przez Białoruś m.in. stawek celnych na paliwa. Wydawało się, że oba kraje się dogadały. Kilka tygodni temu podpisano porozumienie, a tu nagle taka niespodzianka.

Co zrobi Moskwa? Zobaczymy. Jedno jest pewne - gdyby znów zakręciła kurek na "Przyjaźni", nikt już nie traktowałby jej poważnie. I nie jest wcale pewne, czy Unia miałaby jeszcze ochotę negocjować warunki tzw. karty energetycznej, czyli współpracy na temat dostaw ropy czy gazu, które miałyby zapewnić Wspólnocie bezpieczną przyszłość.