Na tą kontrolę czekaliśmy wiele miesięcy. Bo Rosja od jej wyników uzależnia, czy zgodzi się znieść embargo na import naszych mięs i wędlin. Zakaz wprowadziła rok temu bezpodstawnie oskarżając nas o fałszowanie kwitów przewozowych. Ale teraz za nic handlu przywrócić nie chce czepiając się coraz to innych absurdalnych powodów.

Jeden z ostatnich argumentów, którego obalić jak na razie nie jesteśmy w stanie, jest taki, że mięsa i wędliny produkujemy w tak fatalnych warunkach, iż zagrażają one nie tylko zdrowiu, ale nawet życiu Rosjan, jeśli je zjedzą. I nieważne, że zakłady mięsne skontrolowali unijni eksperci. Inspekcja niczego złego nie wykazała.

Raport z niej dotarł pod koniec roku do Moskwy. Ale, ku zdziwieniu wszystkich, nasi wschodni sąsiedzi nie raczyli wziąć go pod uwagę. Stwierdzili bezczelnie, że z poważnym raportem te zapisane świstki papieru nic wspólnego nie mają i... odesłali go do poprawki.

Rozwiązaniem było zaproszenie inspekcji z Rosji do Polski, by na własne oczy przekonała się, jak produkujemy jedzenie, które chcemy do nich eksportować. Ale Moskwa z wydelegowaniem do nas swych speców się nie spieszyła. Wreszcie się ugięła. W końcu od zniesienia embarga uzależniliśmy los jej rozmów z Unią o energii. Póki go nie zniesie, paktu ze wspólnotą zawrzeć nie może. Najwyraźniej Rosjanie wreszcie zrozumieli, że demonstrowanie światu swej siły może w końcu obrócić się przeciwko nim i najwyraźniej zaczynają spuszczać z tonu.