Rząd chce, by od przyszłego roku rolnicy obowiązkowo ubezpieczali przynajmniej połowę swoich upraw na wypadek klęsk żywiołowych, np. suszy czy powodzi. 60 proc. składki pokryje państwo, resztę rolnik będzie musiał wyłożyć z własnej kieszeni. Projekt odpowiedniej ustawy trafił już do podkomisji sejmowej.

Jeśli przez fatalną pogodę uprawy zostaną zniszczone, rolnik dostanie odszkodowanie. Jest więc szansa na to, że po klęsce nieurodzaju nie będą nam grozić podwyżki cen produktów rolnych. Co prawda będzie mniej warzyw i owoców, ale rolnicy i tak dostaną pieniądze za to, czego zebrać nie mogli. Nie będą więc musieli odbijać sobie strat, windując ceny.

To niby logiczne, ale po co tworzyć specjalne prawo, by przekonać ludzi do ubezpieczeń? Bo okazuje się, że ani rolnicy, ani firmy ubezpieczeniowe nie były nimi zbytnio zainteresowane. Rolnicy - bo to dodatkowe koszty. Towarzystwa - bo musiałyby wypłacać odszkodowania, a przy naszej pogodzie groźba powodzi czy suszy, choćby na przykładzie minionego roku, jest całkiem realna.

Jeśli nowe prawo wejdzie w życie, rolnicy, którzy nie wykupili polisy na swe uprawy, nie będą mieli prawa do unijnych dotacji. A jak zachęcić ubezpieczycieli do wprowadzania takich polis? Jest sposób. W przypadku klęski państwo odda firmom przynajmniej część pieniędzy za wypłacone odszkodowania. Do tej pory państwo wypłacało poszkodowanym rolnikom jedynie zapomogi. Te często nie starczały jednak nawet na zwrot kosztów poniesionych z uprawą, nie wspominając o tym, że nie dawały rolnikowi żadnych funduszy na przeżycie.

Ministerstwo Rolnictwa chce, by Sejm uchwalił ustawę do końca lutego. Weszłaby w życie od 2008 roku.