Zaskoczył tą deklaracją chyba wszystkich. Bo wprawdzie stosunki na osi Mińsk-Moskwa nie układały się ostatnio najlepiej, ale Łukaszenka zawsze opowiadał się za ścisłym połączeniem gospodarczym i politycznym z Rosją. Podpisał przecież niegdyś umowę o powstaniu Związku Białorusi i Rosji (ZBiR), a nawet zlikwidował niektóre symbole narodowe swojego państwa, wprowadzając na to miejsce symbolikę sowiecką.

A jednak Łukaszenka nie szczędził pochwał dla Zachodu, który jego zdaniem "zachował się porządnie" podczas ostatniego konfliktu między Rosją i Białorusią. Przypomniał ofertę, którą złożyły mu kraje Europy i USA, kiedy to Mińsk i Moskwa pokłóciły się o wysokość opłaty za tranzyt rosyjskiej ropy na Zachód, czego efektem było kilkudniowe wstrzymanie dostaw surowca do Białorusi i do niektórych państwa Unii. "Zaproponowali nam pomoc i wsparcie, jeśli to będzie potrzebne białoruskiemu narodowi i państwu. Tego nigdy nie zapomnimy" - zadeklarował Łukaszenka.

Pochwalił też zachodnie media. Te - zdaniem Łukaszenki - w czasie naftowego sporu podawały "normalne i obiektywne informacje". A o rosyjskich mediach powiedział, że relacjonowały wydarzenia "jak w czasie zimnej wojny".

Słów Łukaszenki należy jednak słuchać z dużym dystansem. W swojej politycznej karierze składał już różne deklaracje (dość przypomnieć propozycję azylu dla Sadama Husajna). Łukaszenka słynie bowiem z nieprzemyślanych wypowiedzi i niewyparzonego języka. Dzisiaj również dał wyraz swojej słabości, gdy wypowiadał się o planach budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu na dnie Bałtyku. "To najgłupszy projekt w historii. Wejdzie do księgi rekordów Guinnessa. Nie wiadomo, co będzie z tym ich gazociągiem, bo idzie przecież po kupie pocisków na dnie morza" - oświadczył.