To, że za zakręceniem kurka stoją Rosjanie, sugerował dziś wiceminister gospodarki Piotr Naimski. Polityk uważa, że gdyby winowajcą była jedynie Białoruś, to nafty nie byłoby tylko w północnym odcinku ropociągu "Przyjaźń". A surowca brakuje też w południowym. Oznacza to, że ktoś przykręcił główny kurek z ropą. Ktoś w Rosji, a nie na Białorusi.

Ale rosyjskie przedsiębiorstwo "Transnieft", które pompuje ropę na Zachód, odpiera zarzuty. Wiceszef firmy, Siergiej Grigoriew, całą winę zrzuca na Białoruś, która - jak mówi - przestała przyjmować rosyjską ropę, domagając się, by Rosjanie płacili wyższe cła.

Wcześniej jednak ten sam wiceprezes "Transnieftu" stwierdził, że jego firma była zmuszona do wstrzymania dostaw, bo Białoruś podbierała ropę. Mińsk miał tłumaczyć, że w ten sposób pobiera cło za transport surowca. Bo Rosja po dobroci płacić nie chciała. Teraz jednak wypowiedź Grigoriewa zaprzecza stanowisku "Transnieftu". Gdzie leży prawda? Tak naprawdę już chyba nie wiadomo.

Naimski twierdzi, że Białoruś oficjalnie wyparła się tego, że ma cokolwiek wspólnego z przerwami dostaw. Mówi, że ambasador Białorusi spotkał się dziś z przedstawicielami Ministerstwa Gospodarki i wręczył im oficjalne stanowisko białoruskiego MSZ w tej sprawie. "W nocie poinformowano nas, że dostawy są kontynuowane. Tyle że nie są, bo przecież od godziny szóstej rano w terminalu odbiorczym w Adamowie na granicy polsko-białoruskiej ropa po prostu nie płynie" - mówi Naimski.

Teoretycznie może nie być to winą Białorusi. Nasi wschodni sąsiedzi mogą nie mieć wpływu na ciśnienie w rurach, jeśli przy głównym kurku majstruje Rosja. A na to wygląda. Bo problemy z dostawami ropy mamy nie tylko my i - za naszym pośrednictwem - Niemcy. Kłopoty z dostawami odnotowały też Ukraina, Węgry, Słowacja i Czechy. Kraje te ściągają do siebie ropę za pomocą tego samego ropociągu co my, lecz z jego południowej odnogi. A kurek do obydwu nitek nie znajduje się na Białorusi, lecz w Rosji.

Wiceminister Naimski dodaje też, że ewentualne odszkodowania będą egzekwowane od strony rosyjskiej. "Umowy są tak skonstruowane, że odpowiedzialność za straty ponoszą dostawcy. W tym przypadku są to Rosjanie. Ale nie chcę wnikać w szczegóły, bo to są tajemnice zawarte w kontraktach" - mówi Naimski.

Polityk zapewnia, że choć aż 96 proc. ropy naftowej w Polsce ściągamy z Rosji za pośrednictwem ropociągu "Przyjaźń", to krajowi nie grozi naftowy kryzys. "Mamy zapasy na 80 dni, co spokojnie wystarczy, by przygotować naftoport w Gdańsku na duży import. A moce przeładunkowe naftoportu są tak duże, że jesteśmy w stanie ściągać na barkach tyle ropy, że wystarczy jej zarówno dla Orlenu, jak i dla Lotosu" - zapewnia Naimski.