Wystarczy, że Moskwa i Mińsk nie zażegnają ostrego konfliktu o tranzyt tego surowca. Dziś białoruski sąd w bezprecedensowym wyroku może uznać, że cała rosyjska ropa jest przez jej terytorium... przemycana.

Rosja, niezadowolona z tego, że białoruskie rafinerie mają olbrzymie zyski z przetwarzania rosyjskiej ropy, w połowie grudnia 2006 roku zwiększyła cła i podwyższyła tym samym cenę sprzedawanej Białorusi ropy. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Aleksander Łukaszenka wypowiedział umowę, po czym zarządził wprowadzenie od 1 stycznia cła na tranzyt ropy przez swój kraj. Rosjanie nie zamierzają płacić. "W takim razie zarekwirujemy ropę" - grozi Białoruś.

Rosyjska ropa wciąż płynie rurociągiem "Przyjaźń", przez który trafia m.in. do Polski i Niemiec, a Białoruś twierdzi, że Rosjanie pompują ją nielegalnie. Wczoraj szef rosyjskiego operatora rurociągów Transnieft Siemion Wajnsztok dostał wezwanie do białoruskiego sądu, oskarżony o... przemyt.

"Mamy do czynienia z białorusko-rosyjską wojną celną" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM jeden z polityków białoruskiej opozycji Wincuk Wiaczorka. "Łukaszenka zagonił sam siebie w ślepy zaułek i teraz uporczywie walczy z problemami, które sam stworzył. Już dawno należało zbudować normalną granicę celną z Rosją. Teraz jest bardzo trudno zmusić Rosjan do poszanowania suwerenności Białorusi".