Podobnie jak kontrakt na dostawę gazu, także umowa na jego tranzyt do zachodniej Europy wygasa z końcem roku. Białorusini znaleźli więc legalny sposób odwetu na Gazpromie, który chce podnieść im ceny za paliwo. Premier Sidorski zapowiedział, że jeśli firma będzie prowadziła negocjacje w sprawie podwyżek "w niekonstruktywnym duchu", to kontrakt na przesył surowca przez Białoruś nie będzie przedłużony. Tędy właśnie gaz płynie między innymi do Polski.

Wiceszef rosyjskiego koncernu gazowego Aleksandr Miedwiediew nazwał groźbę Białorusi groteskowym szantażem. Ale nie wykluczył, że może dojść do jej spełnienia. Wtedy Gazprom będzie starał się lepiej wykorzystać rurociągi płynące przez Ukrainę. W wywiadzie dla francuskiego "Le Figaro" dodał, że możliwe są "niedostatki" gazu u klientów.

Już wcześniej Gazprom ostrzegał, że ciśnienie gazu w rurociągach po 1 stycznia może się zmniejszyć. Pojawiły się sugestie, że Białoruś - pozbawiona własnego kontraktu - będzie paliwo po prostu podbierać.

Tymczasem mińska telewizja podała, że Białoruś ma znaczne rezerwy gazu w dwóch podziemnych zbiornikach. Ile go jest - to tajemnica państwowa. Nie wiadomo więc, jak długo kraj Łukaszenki poradzi sobie bez gazu z Rosji.

Negocjacje między Gazpromem a Białorusią wciąż dalekie są od szczęśliwego końca. Ostatnia propozycja Rosjan to 105 dolarów za 100 m sześc. gazu. Białorusini gotowi są zapłacić najwyżej 75 dolarów.