Gazprom uwielbia demonstrować swą siłę, zwłaszcza, kiedy wie, że kontrahent jest od niego uzależniony: bo jest o wiele słabszym państwem niż Rosja, do której należy koncern i nie ma czasu na szukanie innego dostawcy. Zaszantażował więc Gruzję, że odetnie jej gaz, jeśli ta nie zgodzi się na proponowana od stycznia drastyczną podwyżkę cen - ze 110 do aż 235 dolarów za tysiąc metrów sześciennych.

"Dyrekcja Gazpromu przed kilkoma dniami wysłała stronie gruzińskiej list, w którym domagała się szybkiego uregulowania kwestii ilości gazu, zamawianego na rok 2007. Jednak nie otrzymaliśmy odpowiedzi" - stwierdził rzecznik firmy Siergiej Kuprianow. A to, jego zdaniem, oznacza, że nie jest zainteresowana współpracą w przyszłym roku (obecny kontrakt wygasa 31 grudnia).

Ledwie świat obiegła ta informacja, a od razu Gruzja zmiękła. Już kilka godzin później służby Władimira Putina miały informację o chęci przedłużenia kontraktu na następny rok. I tego Gazprom właśnie się spodziewał. Doskonale wie, że bez jego gazu ten kraj sobie po prostu nie poradzi. I nie chodzi tu tylko o ogrzewanie domów, czy gotowanie obiadów. Dzięki temu "błękitnemu paliwu" działa wiele ogromnych fabryk. Gdy staną, gospodarka runie w gruzach.