Gazety "Dieło" i "Kommersant" twierdzą, że Gazprom szantażuje gazownie za pomocą kontrolowanej przez siebie rosyjsko-ukraińskiej kompanii RosUkrEnergo (właściciel gazociągów na Ukrainie). RosUkrEnergo chce te gazownie kupić, ale ich prywatni właściciele się na to nie zgadzają. Koncern stosuje więc KGB-owskie metody zmuszania niepokornych do uległości.

Wasylij Marczuk, przedstawiciel zakładu gazowniczego o nazwie Lwiw-hazu, twierdzi, że dwa miesiące temu w jego zakładzie pojawili się ludzie z "ofertą nie do odrzucenia". Kiedy pokazano im drzwi, Lwiw-hazu zaczęły nawiedzać różnego rodzaju kontrole: prokuratury, urzędu do walki z przestępczością zorganizowaną, a także Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Podobne incydenty miały mieć miejsce jeszcze w pięciu innych prywatnych gazowniach.

RosUkrEnergo zaprzecza, że ma z tym coś wspólnego. Jednak minister paliw i energetyki Ukrainy Jurij Bojko potwierdza, że firma stara się zdobyć lokalne rynki.