Idziesz do sklepu kupić np. bułki i mleko na śniadanie. Brakuje ci gotówki, więc wyciągasz swoją kartę płatniczą. A tu niespodzianka - sprzedawca, zamiast ją przyjąć, pokazuje kartkę, na której widnieje wielki napis, że poniżej określonej kwoty bezgotówkowo rozliczać się nie można. Odchodzisz z kwitkiem.

Sprzedawca nie ma prawa odmówić ci zapłacenia kartą, choćbyś robił zakupy ledwie na kilka złotych, czytamy w "Rzeczpospolitej". A to dlatego, że każdy sklep, podpisując umowę z firmą obsługującą takie transakcje, np. eService, Polcard czy Centrum Kart Pekao SA, zgadza się na akceptowanie za ich pośrednictwem każdej transakcji, niezależnie od jej wielkości.

W praktyce jednak okazuje się, że przepisy sobie, a życie sobie. Niewielkie sklepy wywieszają więc kartki, że do kwoty np. 10 czy 20 zł trzeba płacić gotówką. A to dlatego, że od każdych zakupów kartą musi płacić prowizję kilkudziesięciu groszy. Przy małych zakupach to duża kwota. Sprzedawcy wolą więc łamać prawo i ryzykują zerwanie umowy z centrum rozliczeniowym kart, byle nie stracić za wiele zysku.

Klient może w tej sytuacji niewiele. Najwyżej - poskarżyć się firmie obsługującej terminal z kartami (nazwa zwykle jest na czytniku kart czy przy kasie). Ale to wcale nie oznacza, że wróci do domu z zakupami.