Ukrainę już kilka dni temu miała otworzyć granice przed polskim mięsem. Ale mimo szumnych zapowiedzi, nadal nie możemy tego robić. Dlaczego? Bo eksperci naszych wschodnich sąsiadów nie nadążają z kontrolą naszych masarni, od których mają kupować nasze produkty.

"Inspektorzy działają w jednej grupie, a w Polsce są takie przedsiębiorstwa, w których rzeźnię od zakładu przetwórczego dzieli nawet 100 km, więc nie dają sobie rady" - skarży się Anatolij Osadczy, rzecznik Państwowego Departamentu Weterynarii Ukrainy.

Ukraina zablokowała handel z nami 26 marca. Inspektorzy podejrzewali, że mięso wwoziliśmy bez dokumentów weterynaryjnych. Ostatecznie wszystko wyjaśnić się miało 20 maja. Potem termin przesunął się na drugą połowę października. Potem - 25 listopada. Ostateczna data miała być dzisiaj. I też się nie zmieniło.

Teraz wszystko ma się wyjaśnić do 5-6 grudnia. Ale czy jej służby uporają się z natłokiem kontroli? To się okaże. Bo zawsze może się okazać, że choć wszystko skończą, nie spodoba im się, w jaki sposób produkujemy wędliny. A - jak na razie - wyniki inspekcji naszych zakładów mięsnych trzymane są w tajemnicy.