A jest o czym rozmawiać. Bo Polska ma chęci i ponoć nawet pieniądze (potrzeba ok. 6 miliardów złotych), ale brak jej specjalistów, którzy ogarnęliby tak wielkie przedsięwzięcie. A Litwa z kolei z funduszami stoi nienajlepiej, ale ma fachowców, na energii jądrowej znających się jak nikt inny. Poza tym, wchodząc z nami we współpracę, będzie miała dostęp do taniej energii.

Sprawa jest niezwykle pilna, bo w kolejce do robienia z nami jądrowych interesów stoją już Francuzi i Rosjanie. Każdy chciałby mieć udziały w tym potężnym, wystarczającym na co najmniej 20 lat, źródle energii. Litwa robi, co może, by wyprzedzić konkurencję, bo w 2009 roku ma zostać zamknięta jej jedyna elektrownia w Ignalinie i straci źródło taniego prądu.

Najwięksi optymiści zakładają, że umowa o wspólnej elektrowni mogłaby zostać podpisana jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Pesymiści gwałtownie zaprzeczają, że czasu jest zbyt mało. Ale, niezależnie od tego, z kim - i kiedy - wybudujemy elektrownię, będzie z niej płynął tańszy, bo własny, prąd. I różnica miesiąca czy dwóch w podpisaniu umowy nie ma znaczenia, bo nim taka wielka inwestycja powstanie, minie nawet 15 lat. Tyle bowiem trwa postawienie energetycznego giganta.