Wszyscy siądą do negocjacji jutro o 10.30. "Dzisiaj się rozejdziemy, bo wszyscy są zmęczeni i zaczynają grać emocje" - powiedział jeden z mediatorów. Ale dodał, że jest szansa na porozumienie.

Ale wcześniej nie było za wesoło. Wkurzenie przedstawicieli związków zawodowych listonoszy sięgało zenitu, kiedy przed gabinetem dyrektora Poczty Polskiej bezradnie czekali na mediatora. Sami o niego poprosili, by pomógł im dogadać się z szefostwem w sprawie podwyżek pensji o 500 zł. I ukręcili bat na swoją skórę. Mediator, wyznaczony przez Ministerstwo Pracy, nie przyszedł. I nikt nie wie dlaczego.

Umówione na godz. 11 spotkanie przesunięto więc na godz. 13. Do tego czasu do biurowca centrali poczty miał dotrzeć nowy pośrednik, także z ministerstwa. Ale, podobnie jak poprzednik, nie pojawił się. Czyżby zaginął w gęstej mgle, która dzisiaj niczym mleko rozlała się nad Warszawą?

Pocztowcy nie byli ciekawi odpowiedzi na to pytanie. Nie czekali dłużej na pomoc. Sami zasiedli do stołu ze swymi szefami. I kiedy już na dobre rozgorzały emocje, nagle rozległo się pukanie do drzwi. To był spóźniony negocjator. Rozmowy zaczęły się więc praktycznie od początku. Kiedy się skończą? Nikt nie wie.

Jedyna pocieszająca w tym wszystkim wiadomość jest taka, że do czasu zakończenia negocjacji listonosze wrócili do pracy. Normalnie działają też urzędy. Ale jeśli rozmowy skończą się fiaskiem, zostanie ogłoszony strajk generalny. Poczty zamkną się na cztery spusty razem ze wszystkimi pracownikami.