Jeśli doręczyciele nie rzucali słów na wiatr, to doprowadzą dziś do paraliżu całego kraju. Nikt w Polsce nie otrzyma za pomocą poczty żadnej korespondencji i niczego za jej pośrednictwem nie wyśle. Do strajkujących listonoszy przyłączą się pocztowi kierowcy i urzędnicy obsługujący nas w okienkach.

Emeryci i renciści nie dostaną więc pieniędzy. Banki i firmy ubezpieczeniowe nie wyślą do nas ważnej korespondencji. Nie odbierzemy rachunków, nawet na poczcie. Policja, sądy, prokuratury nie prześlą pocztą pism procesowych. A firmy nie wyślą faktur swoim klientom.

Wszystko przez to, że dyrekcja Poczty Polskiej nie chce zgodzić się na podwyżki w firmie. Negocjujące z dyrekcją związki zawodowe zaproponowały w nocy podwyżkę minimalnego wynagrodzenia na poczcie do 1300 zł (dziś minimalna płaca w tej instytucji to 1000 zł). Związkowcy zażądali też 50 zł podwyżki dla wszystkich pracowników od 1 stycznia 2007 roku. Niestety, kierownictwo stwierdziło, że nie ma na to pieniędzy. Może podwyższyć pensje do 1300 zł, ale tylko w dużych miastach. W mniejszych może dać pocztowcom jedynie 1200 zł miesięcznie.

Związkowcy chcieli też, żeby nie wyciągać konsekwencji w stosunku do obecnie strajkujących. Zarząd mógłby na to przystać, ale pod warunkiem odpracowania przez pocztowców zaległości do 30 listopada. Ten warunek również okazał się kością niezgody.

"Mam poczucie dużej przegranej" - powiedział dyrektor generalny poczty, Zbigniew Niezgoda.