Listonosze mają przed sobą bezsenną noc. Zamiast odpoczywać, będą radzić, jak zmusić dyrekcję Poczty Polskiej, by spełniła ich żądania - podniesienia doręczycielom pensji z 1 do 1,5 tys. zł na rękę i po 300 zł podwyżki dla wszystkich innych pracowników urzędów.

A że nie będzie łatwo, przekonali się już dzisiaj. Po południu zakończyli trwające od godz. 11 rozmowy ze swoimi pracodawcami. Za zamkniętymi drzwiami debatowali prawie sześć godzin i... nic nie uradzili. "Proponuję podwyżkę do 1100 zł pensji. Więcej dać nie mogę, bo nie mam pieniędzy" - przekonywał związkowców Zbigniew Niezgoda, dyrektor generalny Poczty Polskiej, który pertraktował dziś z listonoszami.

Ale protestujący zgodzić się na to nie zamierzają. Dali dyrektorowi czas do jutra do godz. 11 na przemyślenie sprawy. Grożą, że jeśli jutrzejsze spotkanie nie przyniesie skutku, ogłoszą strajk generalny. Udział w nim wezmą nie tylko strajkujący teraz listonosze. Poprzeć ich zamierzają wszyscy pocztowcy, bo o ich pensje doręczyciele także się biją.

A to oznacza, że praca urzędów w całej Polsce może zostać sparaliżowana. Nie dość, że nikt nie przyniesie nam do domu przesyłki, renty czy emerytury, to jeszcze niczego nie załatwimy w okienkach, bo te zostaną zamknięte.