Kto ma elektrownię atomową, tego potęga rośnie w międzynarodowej gospodarce. Bo taka elektrownia to olbrzymie źródło prądu, który płynąłby do fabryk i mieszkań. Dzięki niemu moglibyśmy w dużej części uniezależnić się od energii kupowanej od innych państw, np. Rosji. I twardo dyktować w negocjacjach z nimi swoje warunki.

Problem w tym, że sami nie jesteśmy w stanie wybudować takiej fabryki energii. I nie chodzi nawet o pieniądze (to koszt wielu miliardów dolarów), ale o... specjalistów, których nie mamy.

Dlatego natychmiast z pomocą pospieszyły nam Litwa, Rosja i Francja, które zwietrzyły w tym świetny interes. Gotowe są pomóc nam opracować plany i wybudować to cudo techniki, ale w zamian pewnie zażądają udziałów w produkowanej tam energii.

Niezależnie od tego, z kim wybudujemy elektrownię, będzie z niej płynął tańszy, bo własny prąd. Ale to oczywiście bardzo odległa przyszłość.