Nowe prawo podatkowe zacznie obowiązywać w styczniu. Jednoosobowe firmy nie będą mogły płacić stałego 19-procentowego podatku, jeśli faktury dostają tylko z jednej, dużej instytucji. Teraz wszyscy prowadzący taką działalność gospodarczą będą przez fiskusa traktowani tak, jakby pracowali na etacie. I w zależności od zarobków będą płacili 30, a nawet 40 proc. podatku od dochodów.

Jest jednak na to sposób. Bo prawo rozliczania się jak do tej pory tracisz tylko wtedy, gdy urząd skarbowy uzna, że pracujesz w strukturze większej firmy. Co to znaczy? Inspektorzy pracy mogą sprawdzić, czy masz szefa, który wyznacza Ci zadania, czy jesteś np. w grafiku dyżurów albo musisz przychodzić do pracy w ściśle określonych godzinach.

Wystarczy więc, że takich zapisów nie będziesz miał w kontrakcie, a już możesz spać spokojnie. Ale nie wystarczy tych punktów wykreślić, w zamian trzeba wpisać inne. Musi być w kontrakcie wyraźnie napisane, że sam sobie wyznaczasz kiedy, ile czasu i gdzie pracujesz. Nie ma też mowy o umawianiu się na termin czy długość urlopu, bo przedsiębiorca wyznacza go sobie sam.

Zleceniodawca nie może niczego Ci narzucić ani kierować tym, co robisz. To Ty proponujesz, co dla niego zrobisz. Mało tego, masz prawo do podstawienia za siebie innej osoby. Nie jesteś też jedynym wykonawcą, ale masz konkurencję, którą Twój kontrahent bierze też pod uwagę.

I uwaga! Koniecznie musi być w umowie punkt, że to Ty ryzykujesz swoimi pieniędzmi, jeśli coś zrobisz nie tak, np. dostaniesz mniejsze honorarium albo stracisz zlecenie zupełnie i nie dostaniesz nic.

Jest jednak jeden minus - zleceniodawca, choćby najlepszy, zawsze może mieć gorszy dzień i naprawdę zacząć stosować się do nowych warunków współpracy. A to może oznaczać, że zapłaci Ci tylko za to, co sam sobie wymyślisz, a jemu się spodoba. Albo z dnia na dzień oświadczy, że właśnie postanowił skorzystać z usług konkurencji i Ciebie już nie chce. Wtedy nieważne stanie się, jaki podatek zapłacisz. Bo nie będziesz miał od czego go naliczyć.