W Ministerstwie Finansów było gorąco. Zyta Gilowska spotkała się z delegacją związków zawodowych pracowników skarbówki. Domagali się oni wyższych pensji od początku przyszłego roku. Chcieli, by ich wynagrodzenia rosły co najmniej o tyle, o ile wzrasta inflacja.

Rozmowy ze związkowcami w ministerstwie toczyły się od kilku tygodni. Jeszcze pod koniec października wiele wskazywało na to, że podwyżki pensji jednak będą. Związkowcy grozili bowiem strajkiem, gdyby ich postulaty zostały odrzucone. Niczego jednak nie wskórali.

"Nie wyobrażam sobie, by pracownicy mi podlegli, będący funkcjonariuszami państwa, mogli strajkować” - ucięła dyskusje o strajku Gilowska. I stanowczo zapowiedziała, że w przyszłym roku zatrudnieni w urzędach i izbach skarbowych czy samym Ministerstwie Finansów nie dostaną ani grosza więcej niż mają teraz.

Ale wcale nie oznacza to, że nie wzrosną wydatki fiskusa. Bo w kwietniu ma zostać w skarbówce zatrudnionych tysiąc nowych osób. Po co? Bo 65 tysięcy tych, którzy już tam pracę mają, narzeka na zbyt dużo roboty! Pani minister postanowiła więc ulżyć ich ciężkiej doli i dać im armię pomocników.

Tym sposobem za te same pieniądze podwładni fiskusa pracy będą mieli mniej. Szkoda, że nikt nie pomyślał o nas, zwykłych zjadaczach chleba. I nie dał nam np. niższych podatków, by też żyło nam się po Nowym Roku choć odrobinę lepiej.