Gruzja najbardziej chciałaby zwyczajnie odwrócić się do Rosji plecami i poszukać innych źródeł energii. Bo gruzińscy politycy mają serdecznie dość adrenaliny, jaką z lubością serwują im Rosjanie, co i rusz kombinując z cenami surowców energetycznych. Zdają sobie sprawę, że jak długo Tbilisi będzie dogadywać się z Zachodem, tak długo Moskwa będzie się mściła.

A Rosjanie próbowali podejść Gruzinów i z innej strony. Otóż zaproponowali, że nie będą podwyższać cen, ale za to Gruzja odda im część swoich gazociągów. "Nigdy!" - krótko i stanowczo odpowiedział gruziński minister energetyki.

O tym, że szykuje się gazowa wojna, wiadomo było już od kilku tygodni. A wszystko zaczęło się od tego, że Gruzja wyrzuciła z kraju rosyjskich szpiegów. Moskwa wykorzystała to jako pretekst i zmusiła do wyjazdu z kraju dziesiątki Gruzinów. A kiedy skończyły się pomysły na zemstę, zawsze można zwyczajnie podnieść ceny gazu. I pogrozić. Tak jak szef Gazpromu, który zapowiedział, że jeżeli Gruzja odrzuci wyższe ceny, to będzie sobie musiała zimą radzić bez rosyjskiego gazu.

Zanosi się więc na powtórkę sprzed roku. Wtedy Rosja zakręciła gazowy kurek Ukrainie. Powód był ten sam - Kijów nie zgodził się na kilka razy wyższe ceny gazu. Ale może warto wziąć przykład z Ukraińców? Bo wzięli Rosjan na przetrzymanie i wynegocjowali dużo mniej, niż chciał Gazprom.