Ceny mieszkań w Polsce rosną w zastraszającym tempie. W ciągu roku metr kwadratowy mieszkania podrożał o połowę. Już w tej chwili 60-metrowe mieszkanie w dużym mieście kosztuje tyle, co... dom wolno stojący! Tak drogo w budownictwie jeszcze nie było. A do tego nic nie wskazuje na to, by ceny spadały. Spółdzielnie i pośrednicy w sprzedaży mieszkań tylko zacierają ręce. Bo mimo drożyzny chętnych na kupno nie brak - banki prześcigają się w dawaniu kredytów hipotecznych, a my kupujemy cztery kąty na potęgę, póki jeszcze nas na nie stać.

Na szczęście jest szansa, że ceny wreszcie przystopują. Taką przynajmniej nadzieję mają spece z Ministerstwa Budownictwa. Tworzą oni nową ustawę, która pozwoli na to, by gminy mogły za darmo oddawać grunty pod budowę nowych osiedli. To ma obniżyć cenę mieszkań.

Ale czy spółdzielnie nie będą spekulować i sztucznie zawyżać kosztów? W ustawie ma być postawiony warunek: ceny mieszkań muszą być korzystne dla kupujących. Inaczej budujący musi zapłacić za grunty.

A co to znaczy "korzystne"? Tyle, by zbytnio się nie obłowiły firmy, które dom stawiają, i te, co potem sprzedają lokale. Bo ceny jednej korzystnej dla Polski, a nawet województwa czy choćby miasta, ustalić się nie da. Bo w warszawskim śródmieściu tanio znaczy 8 tys. zł za metr kwadratowy, a w pobliskim Radomiu - nawet mniej niż 2 tys. zł. Korzystne ceny każda firma ma więc ustalić sobie sama.

Czy zatrzyma to wzrost cen? Wątpliwe. Najwyżej sprawi, że rosnąć będą nieco wolniej, bo cena ziemi to nie wszystko. Są jeszcze o wiele wyższe, a do tego ciągle rosnące, koszty materiałów i robocizny.