Andrzej Rosiński ma prawo czuć się podle. Jako szef działu obsługi klienta Media Markt sumiennie wykonywał swoje obowiązki i w dodatku był bardzo koleżeński. Jak widać - aż za bardzo. A to śmiał prosić przełożonych, by wymienili klimatyzację w sklepie. A to wspominał o podwyżkach dla sprzedawców (zarabiają tam 900 zł), a to w imieniu kolegów domagał się należnej zapłaty za nadgodziny. Miarka się przebrała, gdy postanowił założyć związek zawodowy, bo zauważył, że prośbami niewiele wskóra.

Założył "Solidarność". Poszedł w imieniu załogi na spotkanie z dyrektorem placówki Grzegorzem Radzikowskim. Na wszelki wypadek nagrywał całą rozmowę. Od Radzikowskiego usłyszał m.in.: "...zrobiliście sobie naprawdę wielkie kuku...", "...to była największa głupota, jaką mogliście zrobić w tej firmie...", "...załoga będzie tego żałować...".

Następnego dnia Rosiński został zwolniony, bo rzekomo... ciężko naruszył podstawowe obowiązki pracownicze. Media Markt wyciągnął Rosińskiemu, że dwa miesiące temu podarł skargę od klienta (o czym zresztą wiedzieli jego przełożeni). A podarł ją, bo skarga pochodziła od rozhisteryzowanej klientki, która chciała, by personel podziwiał dzwonki w jej telefonie komórkowym. Czego nie uczynił.

Gdańska "Solidarność" skierowała sprawę do prokuratury i do Państwowej Inspekcji Pracy.