Wartość litewskiej Rafinerii Możejki spada. Kiedy 12 października wybuchł tam pożar, wszyscy spodziewali się, że koncern stanie na nogi najpóźniej z końcem roku. Jednak dziś już wiadomo - naprawa tego, co strawił ogień, potrwa co najmniej rok.

A wszystko dlatego, że straty są o wiele większe, niż się spodziewano. Eksperci ubezpieczeniowi właśnie wyliczyli je na 48 milionów dolarów - poinformował dziś Nerijus Eidukevicius z Rafinerii Możejki. Tyle potrzeba, by wszystko działało jak dawniej.

Póki pieniędzy nie będzie, nie można zacząć remontu rafinerii. Ten rozpocząć może się dopiero w przyszłym roku, bo wtedy najwcześniej ubezpieczyciel jest w stanie wypłacić odszkodowanie. Same prace przy naprawie zniszczonej instalacji potrwają nawet dziewięć miesięcy. A do czasu naprawienia strat rafineria nie może pracować pełną parą. Produkcja zmniejszona jest prawie o połowę, czyli są o połowę mniejsze zyski ze sprzedaży.

Będzie jeszcze gorzej, jeśli okaże się, że ubezpieczyciel nie wypłaci odszkodowania. A tak może być, jeśli rządowe śledztwo, które ma zakończyć się 1 grudnia, wykaże, że rafinerię podpalono.

Co wtedy? Większość pieniędzy na remont będzie musiał dać kupujący, czyli PKN Orlen. Firma zapewnia, że mimo wszystko to się opłaca. Z kupna wycofać się za żadne skarby nie chce, tym bardziej że na Możejki zęby ostrzy sobie też rosyjski koncern Rosnieft. Teraz to już jest walka nie o pieniądze, a wpływy. Bo kto ma więcej paliwa, ten ma władzę. A koszty remontu i tak mają zwrócić się ze sprzedaży produkowanego w Możejkach paliwa.