"Pracujemy nad uproszczeniem procedur związanych z zatrudnianiem robotników w branży budowlanej ze Wschodu. Będą gotowe z końcem roku" - mówi Elżbieta Janiszewska-Kuropatwa, wiceminister budownictwa.

Mówi się o tym od miesięcy, ale dopiero teraz pojawiły się jakieś konkrety. Skąd ten pośpiech? Ano stąd, że nasi budowlańcy wyjechali za granicę, bo np. murarz w Wielkiej Brytanii czy Irlandii zarobi ok. 6 tys. zł miesięcznie. A w Polsce musiałby harować za połowę tej stawki.

"Już trzeci raz w tym roku zmieniam ekipę. Zatrudniam coraz mniej doświadczonych robotników, bo co któryś czegoś się nauczy, natychmiast wyjeżdża za granicę. Mam kilka dachów do pokrycia, ale nie mam kim tego zrobić. A wkurzeni właściciele domów czekają, aż skompletuję załogę" - mówi Leszek Jasnomirski, właściciel firmy kryjącej dachy.

Pan Leszek z chęcią zatrudniłby Rosjan czy Ukraińców, którzy ochoczo przyjeżdżają do Polski za pracą, ale legalnie zrobić tego nie może. Bo utknąłby w gąszczu przepisów. Musiałby tygodniami czekać, aż jego wniosek o zatrudnienie cudzoziemca przeszedłby kilka urzędowych szczebli. A potem jeszcze modlić się, by biurokraci nie znaleźli żadnego błędu w dokumentach jego firmy i pracownika.

"Jeśli chcemy budować, musimy sięgnąć po obcokrajowców. A do tego musimy otworzyć rynek pracy dla nich, czyli zrezygnować ze skomplikowanych pozwoleń na pracę. Dlatego prosiliśmy o to ministerstwo od dawna" - komentuje Roman Nowicki, prezes Kongresu Budownictwa Polskiego zrzeszającego największe przedsiębiorstwa budowlane w Polsce.