Poszło o pieniądze. A w zasadzie - ich brak. YouTube, portal internetowy, z którego ściągać można filmy i wideoklipy, nie płacił wielu wytwórniom za wykorzystywanie ich produkcji. A to jest przestępstwo.

"Od dłuższego czasu negocjowaliśmy z YouTube rozwiązanie tego problemu, ale bez skutku. Teraz, po przejęciu portalu przez Google, jest szansa to zmienić" - tłumaczy Dick Parsons, prezes Time Warner.

Ale firma nie zamierza znów negocjować, tym razem z nowym właścicielem, by zapłacił za wykorzystywanie cudzych utworów (chodzi o tantiemy). Jest już wszczęte oficjalne śledztwo. Amerykańscy eksperci badają ponad 100 milionów materiałów zamieszczonych w YouTube. Sprawdzają, czy są wykorzystywane niezgodnie z prawem.

A muszą zbadać każdy film i klip z osobna, bo część z nich właśnie została zalegalizowana. Google, kupując YouTube, natychmiast podpisał umowy z kilkoma wytwórcami, na razie muzycznymi: Sony BMG i Warner Music, należącej do Time Warner. Trwają rozmowy z innymi producentami.

Tymczasem do sądu trafiła pierwsza sprawa, w której YouTube został oskarżony o łamanie praw autorskich. Pozew złożył Bob Tur, współzałożyciel serwisu informacyjnego Los Angeles, zagorzałego wojownika z piratami. Wysokość odszkodowania, o które toczy się sprawa, nie jest znana. Ale jedno jest pewne: jeśli przyjdzie zapłacić za dziesiątki milionów nielegalnie pokazywanych filmów i klipów, Google może popaść w poważne finansowe tarapaty.