Kłęby czarnego dymu, wielkie jęzory ognia. Tłum strażaków wciąż jeszcze walczy z pożarem, który wczoraj po godz. 14 wybuchł w litewskiej Rafinerii Możejki. Trwa dogaszanie. Ale - co najważniejsze - zaczyna się wielkie śledztwo. Bo nikt chyba nie wierzy, że instalacja w tzw. części rurowo-wieżowej rafinerii zaczęła palić się sama.

Dlatego śledczy z prokuratury, litewskiego rządu i straży pożarnej szukają dowodów zbrodni. Doskonale wiedzą, że moment na pożar jest wyśmienity. Stara instalacja musi zostać wyremontowana, ale nie ma chętnych, by wyłożyć na to pieniądze. Poza tym rafinerię chce kupić PKN Orlen, więc czas modernizacji niemiłosiernie goni, bo takiego niebezpiecznego grata nikt na głowę sobie nie weźmie.

A dzięki pożarowi można dostać pieniądze od ubezpieczyciela. Z odszkodowania spokojnie uda się wszystko naprawić - to jeden, najbardziej, zdaniem śledczych, prawdopodobny powód, dla którego ogień mógł specjalnie podłożyć człowiek.

Ale jest jeszcze jeden - polityczny. Litewskie władze kilkadziesiąt zaledwie minut przed wybuchem pożaru powiedziały, że to poważny błąd, iż taką firmę oddajemy polskiej firmie. No i są jeszcze Rosjanie, którzy po kupnie rafinerii przez Polaków, stracą część naszego rynku.

Ktokolwiek by tego nie zrobił, pomylił się. "W naszych ustaleniach nic się nie zmieniło. Nadal gotowi jesteśmy tę rafinerię kupić" - zapewnia Paweł Poręba z biura prasowego PKN Orlen.