Do ogrzewania domu i gotowania dołożysz co miesiąc kilkadziesiąt złotych. Bo od 1 stycznia do polskich domów i fabryk popłynie droższy gaz ze Wschodu.

Trwa walka o kontrakt z firmą RosUkrEnergo, która pompuje do Polski aż jedną piątą zużywanego w całym kraju gazu. Stara umowa wygasa z końcem roku. Nowej jeszcze nie ma, bo nasz rząd robi, co w jego mocy, by wynegocjować niższe ceny, niż chcą Rosjanie.

Ale szanse na to, że nasi sąsiedzi ustąpią choć trochę, są prawie żadne. Bo oni po prostu chcą więcej dostać. I to prawie o 10 procent. A jak nie zgodzimy się płacić więcej, możemy przecież gazu od nich... nie kupować. Tyle że dobrze wiedzą, że innego tak wielkiego dostawcy po prostu nie mamy. I do stycznia znaleźć go nie zdołamy.

Dlatego wyższe rachunki to już sprawa przesądzona. Wprawdzie na razie Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo - firma odpowiadająca za zaopatrywanie domów i fabryk w gaz - oraz Ministerstwo Gospodarki, które negocjują nowy kontrakt gazowy, uspokajają, że wyższych cen nie będzie. Ale nie mają też pomysłu, jak zmusić Rosjan do podpisania umowy na dawnych warunkach. Tak więc lepiej się przyzwyczaić do myśli o podwyżce gazu.