Wszystko wskazuje na to, że z wielkiego szumu wokół ograniczenia kredytów walutowych nic nie zostanie. Przede wszystkim zawinił sam nadzór bankowy, który grzmiał, że jeśli zaciągniemy kredyt np. we frankach szwajcarskich, może się okazać, że już za kilka lat nie będziemy w stanie spłacać rat, bo będą zbyt kosztowne. Z wprowadzeniem nowych przepisów jednak nie zdążył na czas.

Nowe regulacje przede wszystkim miały zwiększyć ceny kredytów walutowych, co miało do nich zniechęcić. Przepisy miały być gotowe na koniec września, a obowiązywać na początku roku. Tak się nie stanie, bo zamiast Komisji Nadzoru Bankowego mamy Komisję Nadzoru Finansowego, która dopiero rozpoczyna pracę. A nowe przepisy to kolejne miesiące opóźnienia. Tymczasem pod koniec przyszłego roku i tak zaczną obowiązywać nowe unijne przepisy. Co więcej, na ograniczenia w przyznawaniu kredytów walutowych nie zgadza się PiS.

Zdaniem polityków, to Polacy powinni decydować, czy chcą ryzykować czy nie. Rzeczywistość pokazała, że chcą. Mimo że Szwajcarzy już trzy razy w tym roku podnieśli stopy procentowe, kredyty we frankach wciąż cieszą się największym powodzeniem. Powód jest prosty. Nadal są tańsze niż kredyty w złotówkach.