Z pocałowaniem ręki do Polski przyjechaliby pracować Ukraińcy, ale ministerstwo uważa, że nie ma takiej potrzeby. Jednak statystyki mówiące o odpływie fachowców są zastraszające. Od 2004 roku wyjechało prawie 800 tysięcy specjalistów - pozostali jedynie ci z niskimi kwalifikacjami. "Są jeszcze ci najlepsi, ale na nich mało kogo stać" - mówi Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich.

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Sześć kilometrów od siedziby DZIENNIKA powstaje gigantyczne osiedle - Miasteczko Wilanów. Wiceprezes budującej je spółki Wilanów Investments utyskuje, że brak mu 120 osób. "Murarzy, cieśli, zbrojarzy. Zwykły robotnik nie chce z nami rozmawiać, jeżeli nie damy mu 2 tys. na rękę." - żali się Jacek Kaliszczuk. Podobnie jest w J.W. Construction, największej firmie budowlanej w stolicy.

"Podnieśliśmy zarobki o kilkanaście procent, ale z miesiąca na miesiąc jest coraz trudniej" - mówi Jerzy Zdrzałaka, prezes firmy. Wyjściem z sytuacji, na razie nielegalnym, jest zatrudnianie na budowach obcokrajowców. Ze względu na solidność i fachowość, pracodawcy od Polaków wolą Ukraińców.

Ministerstwo Pracy, co prawda, pozwoliło na ich zatrudnianie, ale tylko w rolnictwie. Minister Kalata pozostaje głucha na prośby budowlańców. "Nie ma potrzeby zatrudniania Ukraińców, mamy własnych bezrobotnych. W urzędach pracy zarejestrowało się 100 tys. osób z branży budowlanej, ponad połowa z nich to murarze. Siła robocza jest, trzeba tylko poszukać" - tłumaczy swój upór.